Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2015

Zapożyczenia

Każdy język składa się z wielu zapożyczonych słów, które przywędrowały wraz z zagranicznymi nowinkami. Łatwo jest nam zauważać słowa pochodzenia angielskiego, zwłaszcza te najświeższe, jak dizajn, miting czy parenting, które wielu, włącznie ze mną, kłują w oczy. Co jednak z bardziej egzotycznymi wstawkami, funkcjonującymi w naszym języku od tak dawna, że wydają się rdzennie polskie?

Arabizmy:

Admirał (Emir el-Bahr = Pan Morza). Ciekawa jestem, ilu naszych admirałów zdaje sobie sprawę z tego, że z dumą noszą arabskie tytuły.
Algebra (al-jabr = przywrócenie). No dobra, to było łatwe i nie wymaga dodatkowego komentarza. Wszyscy wiedzą, że matematyka pochodzi z Arabii.
Alkohol (al-kuḥl = proszek używany jako kredka do oczu). No cóż, również i dziś alkohol jest bazą wielu kosmetyków. Gdy słowo zostało wprowadzone do europejskich salonów, oznaczało dowolny destylat. Dopiero w dziewiętnastym wieku zaczęto z niego korzystać w takim znaczeniu, jakie znamy dziś. Co więcej, obecnie w arabskim na określenie alkoholu używa się zupełnie innego słowa, al-ġawl, oznaczającego ducha (spirit).
Alchemia (al-chimija = łączyć, stapiać). Co prawda korzenie alchemii tkwią w Egipcie, ale to świat arabski przejął i rozwinął antyczną spuściznę. Efektem tego jest choćby stosowanie gipsu przy złamanych kościach.
Alkalia (al-qaly = popiół ze słonolubnych roślin). To właśnie w ten sposób otrzymywano pierwsze substancje alkaliczne, jak potaż, który stanowił bardzo ważną gałąź polskiego eksportu w XVII i XVIII wieku.
Arsenał (dār aṣ-ṣināʕa = manufaktura, sklep). Bardzo jestem ciekawa, jak nazywano arsenały przed zaadaptowaniem tego słowa. A może nie trzymano wtedy broni zgromadzonej w jednym miejscu?
Cyfra, Zero, Szyfr (ṣifr = pusty). Analogicznie do algebry; świat arabski pokazał nam, jakiego nazwenictwa używać w przedmiocie będącym udręką wielu uczniów.
Bazar (bāzār = targowisko). Ciekawa jestem, czy słowo przyjęło się u nas dlatego, że jest krótsze od targowiska. Z drugiej strony, najczęściej słyszałam je w wydłużonej wersji „bazarek”, więc kto wie, kto wie.
Kawa (kahwa, quwwah = siła, energia). Do Polski dotarła w większej ilości po bitwie pod Wiedniem (a ja nie umiem wyrzucić z wyobraźni obrazu dwóch wrogich sobie wojaków, popijających razem poranną kawę, popatrując ze zmarszczoną brwią po pobojowisku), choć już wcześniej mieszkańcy Kamieńca Podolskiego stawiali kawiarnie dla wojsk osmańskich.
Lutnia (al-ud = drewno). Co może być bardziej polskiego od instrumentu, na którym grała Danusia, gdy oczarowała Zbyszka z Bogdańca? No cóż, okazuje się, że Danusia grała na ostatnim krzyku muzycznej mody, Arabskim Drewnie.
Zenit (samt ar-ra's = strona w którą skierowana jest głowa). Słowo ma źródła w pomyłce czternastowiecznych mnichów, tłumaczących arabskie teksty na łacinę.

Turcyzmy:

Jar (wąwóz). Dlaczego z tureckiego wzięliśmy akurat jar? Pojęcia nie mam.

Sinicyzmy:

Czaj (chá yè = liście krzewu herbacianego). Niby nie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Chiny są ojczyzną mojego ulubionego napoju, jednak do tej pory sądziłam, że czaj pochodzi z rosyjskiego.
Herbata (herba + tê = zioło krzewu herbacianego).
Japonia (ży-pen = korzeń słońca). Dlaczego woleliśmy używać chińskiej nazwy tego kraju, zamiast japońskiej (Nippon)?  
Keczup (kê-tsiap = solanka z marynowanych ryb). Na szczęście dziś wolimy keczup z pomidorów.

Jidiszyzmy, hebraizmy:

Belfer (pomocnik nauczyciela w chederze). Zdaje mi się jednak, że to słowo było o wiele bardziej popularne w czasach młodości moich rodziców.
Ciuch (cich = poszwa). Co prawda niektórzy uważają, że to rdzennie polskie słowo, które wzięło się od „cuchnąć”, wersja jidyszowa o wiele bardziej mi się podoba.
Machlojka (machlojkes = sprzeczka, zatarg).
Rejwach (rewech = korzyść). Zakładam, że korzyściom często towarzyszyło spore zamieszanie.
Ślamazara (szlimazl = pech). Co za nieszczęście być ślamazarnym!
Bajzel (bajzl = domek). Co mały dom, to albo burdel, albo bałagan? Co to się, panie, wyprawiało w tych dawnych czasach.
Plajta (plejte = ucieczka). Widocznie kiedyś jak ktoś plajtował, to instynktownie rzucał się do ucieczki.
Sitwa (szutfes = spółka). Znaczenie zostało to samo, tylko nabrało pejoratywnego zabarwienia.

A jakie polskie słowa zrobiły karierę za granicą? Wiem o dwóch: granica i wódka.

Notka powstała w oparciu o Wikipedię.

środa, 25 marca 2015

One hit wonder i klątwa pisarza

Disclaimer: Artykuł zawiera moje osobiste poglądy. Jeśli przytaczam czyjeś inne, odsyłam do źródła.

Właśnie zadebiutowałeś w poważnym wydawnictwie, a twoja książka jest sukcesem. Puchniesz z dumy, uważając się za pełnoprawnego pisarza, bez wahania podpisujesz kontrakty na kolejne pozycje. Piszesz jedną za drugą, ale okazuje się, że żadna nie jest w stanie dorównać twojemu debiutowi. Czyżby twoje pierwsze dzieło było zarazem tym najlepszym? Co się stało?

Wielu twórców dopada klątwa one hit wonder, zwłaszcza widać to w branży muzycznej. Umiesz zanucić Tubthumping nawet przez sen, ale czy pamiętasz, jak nazywa się twórca tej piosenki? Masz jego płytę? Jesteś w stanie określić, czy utwór należy do zespołu, czy do wokalisty? Jakim sposobem ktoś, kto stworzył taki genialny przebój, nie był w stanie powtórzyć swojego sukcesu?

Jak zwykle, to złożona kwestia. Często autor pucował swoje pierwsze dzieło latami, wzbogacając je o kolejne szczegóły, czytając je wciąż ponownie, usuwając nieścisłości. Prosił o opinię znajomych i przyjaciół, którzy wytykali mu błędy. Koniec końców zaniósł do wydawnictwa twór dogłębnie przemyślany i dopracowany. Po entuzjastycznym przyjęciu takiego dzieła publiczność zwykle chce więcej, a wydawnictwo podsuwa kontrakt zobowiązujący twórcę do wydania kolejnej pozycji w ciągu roku -dwóch. Nie każdy potrafi jednak dostarczyć pełnowartościowy produkt w tak krótkim czasie, mimo wsparcia w postaci profesjonalnej korekty i redakcji. Zazwyczaj jednak publika z rozpędu kupuje towar, a pisarz dochodzi do wniosku, że skoro ludzie kupują, to widocznie on pisze dobrze i nie musi spędzać dekady nad każdą swoją książką. Nowo nabyta pewność siebie, presja czasu i ostatnie soki wyciskane z kreatywności (czy da się wpadać co roku na genialne rozwiązania fabularne?) skutkują często coraz większym spadkiem formy.

Czasem jednak klątwa spadku formy dopada uznanych autorów, którzy od lat wydają sagi seriami. Wymieniłabym tu Joannę Chmielewską, Małgorzatę Musierowicz, Terry'ego Pratchetta czy Margit Sandemo. Myślę, że to o tyle ciekawe zjawisko, że powszechnie mówi się nam, że praktyka czyni mistrza, często cytując słowa Malcoma Gladwella, że można stać się ekspertem na dowolnym polu, jeśli poświęci się ćwiczeniom dziesięć tysięcy godzin. Przytoczeni wyżej autorzy prawdopodobnie poświęcili pisarstwu zdecydowanie więcej czasu, a jednak ich twory z czasem traciły na jakości, zamiast się ulepszać. Dlaczego?

Myślę, że również i w tym wypadku nachodzi na siebie kilka przyczyn. Po pierwsze, dla pisarza, tak jak i dla malarza, zmysł obserwacji jest ważny jak powietrze, którym oddychają. Twórca nasiąka ludźmi, wśród których się obraca, ich historiami, ich charakterami, po czym ekstrahuje zdobyte informacje do swoich tekstów. Jeśli autor zrezygnował z innej niż pisanie pracy zarobkowej, odcina się od sporej części tych doświadczeń, obracając się wśród komfortowej grupy rodziny i znajomych. Owszem, zapewne autor, promując książki, jeździ po świecie i spotyka się z fanami, ale są to doświadczenia płytkie, powierzchowne – bo ileż można wyciągnąć z kilkugodzinnego spotkania? – i jednokierunkowe – najczęściej polegające na odbieraniu hołdów.

Sądzę, że jest to dość widoczne w książkach Chmielewskiej – najlepsze jej książki powstały albo odnosiły się do czasów, w których pracowała w biurze architektonicznym. Miała wtedy bezpośredni kontakt z plejadą różnych charakterów i ludzkich dramatów, umiała to skutecznie wykorzystać w swoich powieściach. Niestety, gdy zabrakło tych bodźców, postacie przez nią kreowane stawały się stopniowo coraz bardziej oddalone od rzeczywistości.

Podobny zarzut można postawić Musierowicz. Upiera się ona przy pisaniu o nastolatkach, bo robi to od lat i zyskała sobie stałą grupę czytelników domagających się odgrzewania wciąż tego samego kotleta. Kiedyś autorka mogła bazować swe postacie na własnym życiu i własnych dzieciach, przez co jej książki były bardzo autentyczne. Obecnie trudno się oprzeć wrażeniu, że autorka czerpie swoje informacje o młodzieży z trzeciej ręki, jakiegoś mało życzliwego młodym ludziom źródła.

My, publiczność, nie jesteśmy tu jednak bez winy. Mamy negatywny wpływ na autorów, żądając od nich powtarzania apiać od nowa sprawdzonych schematów. Uderza to w pisarzy, uderza w scenariusze seriali. Jest oglądalność? No to nakręćmy jeszcze trzy sezony, mimo że materiał na logiczną fabułę skończył się parę odcinków temu. Odbiorcy często bardzo źle podchodzą do eksperymentów, co widać było choćby po reakcji na zmianę repertuaru Agnieszki Chylińskiej – wiele osób jej przejście od rocka do popu odebrało jako osobistą zniewagę. A przecież artysta, który nie poszukuje, który kopiuje sam siebie, umiera. Kreatywność potrzebuje stałej pożywki, wiecznie nowych wyzwań.

Co jeszcze? Brak dostępu do konstruktywnej krytyki. Książki Małgorzaty Musierowicz sprawdza przed drukiem jej własna córka. Czy jest w stanie odnieść się krytycznie do dzieł własnej matki? Czy umie wyrazić bezkompromisowo swoje wątpliwości? Czy jej uwagi są brane na poważnie? Czy wreszcie potrafi spojrzeć na te teksty z dystansem, jak obca osoba, mimo że od dziecka nasiąkała tymi samymi informacjami, co matka? Niestety, czytając ostatnie dzieła pani Musierowicz, można mieć spore wątpliwości. Wiadomo powszechnie, że na stronie poświęconej autorce działa moderator, który usuwa wszelkie niemiłe, negatywne uwagi. Skąd jednak autorka może wiedzieć, że coś wymaga poprawy, jeśli te informacje są przed nią – na jej wyraźne życzenie – chowane? Wiara we własną nieomylność często jest pierwszym krokiem do upadku.

W dobie zalewu informacji bardzo trudno jest się rozeznać w jakości odbieranego feedbacku. Jeśli uznany autor odbierze tysiąc listów, trudno będzie mu ocenić, który z nich zawiera istotne dla niego informacje. Nie ma jednego schematu postępowania – niektórzy autorzy odcinają się zupełnie od wszelkiej krytyki, podczas gdy inni proszą swoich asystentów o odfiltrowanie pożytecznych informacji.

W przypadku pani Sandemo zachodzi jeszcze inne zjawisko – wypalenie. Oczywiście, nie siedzę w jej głowie i mogę jedynie snuć dywagacje, ale trudno mi dojść do innych wniosków, gdy obiecująco zapowiadająca się Saga o Ludziach Lodu kończy się w sposób tak bardzo odrealniony, że wręcz absurdalny. Owszem, od samego początku w opowieści przewijają się elementy nadnaturalne, ale w ostatnich tomach ich natężenie i pomieszanie zaczyna czytelnika wręcz ogłuszać.

Niezależnie od tego, czy jest się debiutantem, czy uznanym autorem, nie można tracić czujności i osiadać na laurach. Ani przez moment nie można sobie pozwolić na wiarę we własną, niezbywalną wielkość czy nieomylność, ale w zamian bezustannie testować w głowie swoje pomysły: Czy mają sens? Czy są wiarygodne?

czwartek, 5 marca 2015

Krytyka a nauka

Widzieliście te sceny wiele razy. Poprawiacie komuś przecinek, a reakcja jest taka, jakbyście spalili mu dom i zamordowali rodziców. Dlaczego niektórzy ludzie tak źle reagują na krytykę, nawet jeśli jest uzasadniona?

Być może osoba, z którą wdaliście się w dyskusję, ma fobię społeczną. Jak odkryła doktor Karin Blair z National Institute of Mental Health, osoby dotknięte tego rodzajem fobii silniej reagowały na krytykę, a ich mózgi poddane rezonansowi magnetycznemu doświadczyły zwiększonego przepływu krwi przez korę przedczołową i ciało migdałowate – obszary te powiązane są między innymi z odczuwaniem strachu, postrzeganiem samego siebie, emocjami i reakcją na stres.

Leonard Maltin, amerykański krytyk filmowy i historyk przyznaje, że jest w stanie zacytować z pamięci wszystkie uwagi krytyczne, które padły pod jego adresem podczas trwającej ponad czterdzieści lat kariery naukowej. Co ciekawe, nie umiałby przywołać nawet części pochwał. Psycholog Rick Hanson uważa, że jest tak, ponieważ złe wieści mają o wiele większy wpływ na nasze mózgi i przez to silniej zapadają w pamięć. Jest to jego zdaniem powodowane tym, że od prehistorycznych czasów uczyliśmy się na błędach, kiedy to zapamiętywanie złych doświadczeń było bardzo ważne dla przetrwania.

Zdaniem doktora Martina Paulusa z Uniwersytetu Kalifornijskiego, nasz mózg odbiera słowa krytyki jako groźbę. Co więcej, gdy skupia się na jej przetwarzaniu, porzuca wszystkie inne zbędne funkcje.

Czy powinniśmy zatem porzucić krytykę jako narzędzie, które do niczego się nie nadaje? Cóż, Charles S. Jacobs, specjalista od motywowania pracowników w korporacjach uważa, że pochwały nie przekładają się na wzmożoną wydajność i motywację pracowników. Jego zdaniem dopamina, związek chemiczny odpowiedzialny za dobre samopoczucie, jest wydzielana podczas samej pracy, a nie gdy jesteśmy za nią nagradzani. Niektórzy uważają wręcz, że pochwały mogą obniżać zapał do pracy, bo po co się wysilać, skoro wszystko idzie jak z płatka?

Z drugiej strony, Józef Kozielewski, uznany polski psycholog, uważa, że warunkowanie pozytywne przynosi o wiele trwalsze skutki niż warunkowanie negatywne – a pogląd ten popiera wielu treserów zwierząt. W swojej książce pt. „Koncepcje psychologiczne człowieka” pisze on, że „Skuteczność sterowania negatywnego zależy zatem od tego, czy nauczyciel, urzędnik i socjotechnik umieją wskazać człowiekowi nowe alternatywy działania, alternatywy, które zawierają źródła wzmocnień pozytywnych”.

Jak wobec tego najlepiej przekazywać uwagi odnośnie pracy innych osób? Doktor Martin Losada opracował system, w którym jedna negatywna informacja powinna zostać złagodzona co najmniej trzema pozytywnymi. Część osób jest już jednak świadoma, że taktyka ta to sztuczny zabieg mający złagodzić cios, nie są więc w stanie traktować jej poważnie. Odrzucą pozytywne komentarze jako watę nie mającą pokrycia w prawdzie i skupią się na negatywnie nacechowanej treści.

Satoris Culbertson, profesor z Uniwersytetu w Kansas, zakładała, że wiele zależy od tego, o jakim typie osobowości rozmawiamy i co motywuje ludzi do podejmowania wysiłku. Przyjęła więc ze zdumieniem badania, z których wynikało, że wszyscy reagują na krytykę równie kiepsko – nawet osoby, które deklarowały chęć nauki jako najważniejszy czynnik zachęcający do pracy.

Osobiście uważam, że aby krytyka była pomocna, trzeba zadbać o kilka kwestii:
– Upewnij się, że odnosimy się do mierzalnego błędu, a nie własnych przekonań czy uprzedzeń. Krytyka nie może być powodowana chęcią podbudowania własnego ego, chęcią dokopania komuś, wyładowania frustracji.
– Upewnij się, że złośliwostki zostały zredukowane do minimum. Nawet jeśli twoja uwaga ma sens, jest spora szansa, że adresat nie przyjmie jej do siebie, jeśli podasz ją w kontrowersyjny, obraźliwy lub niezrozumiały sposób. Jeśli napiszesz „jesteś głupia, bo nie postawiłaś przecinka przed imiesłowem”, nie powinieneś się spodziewać, że autor grzecznie przeprosi za swoje błędy. Skupi się na pierwszej części zdania i nigdy nie dotrze – na świadomym poziomie – do drugiej. I nie dowodzi to, że jest głupi – po prostu tak działają nasze mózgi.
– Oprócz zwrócenia uwagi na problem, zaproponuj sposoby rozwiązania go.
– Nie baw się w psychologa. Chyba że faktycznie masz dyplom. Jeśli tak, upewnij się, że twoja specjalizacja ma jakieś zastosowanie w tym konkretnym przypadku.
– Nie krytykuj pod wpływem emocji. Jeśli jesteś zły, poirytowany, nieszczęśliwy – poczekaj z napisaniem tego komentarza, aż ci przejdzie.
– Pamiętaj o domniemaniu niewinności. Jeśli czegoś nie wiesz lub nie jesteś w stu procentach pewien, odpuść. Lepsze to niż potencjalne polowanie na czarownice.
– Nigdy, przenigdy, nie krytykuj czegoś, na co dana osoba nie ma wpływu – pochodzenia, koloru skóry, orientacji, zmian wywołanych chorobą itp.

Źródła:

sobota, 7 lutego 2015

Rady Kurta Vonneguta

Dziś chciałam wam zaprezentować rady udzielone przez Kurta Vonneguta, które, moim zdaniem, są bardzo zasadne i wartościowe. Tłumaczenie moje.


1. Znajdź temat, którym się przejmujesz

Znajdź temat, którym się przejmujesz i którym, twoim zdaniem, inni również powinni się przejąć. To właśnie ta szczera troska, a nie gry językowe, będą najbardziej magnetycznym, uwodzącym czytelnika elementem twojego stylu.

Nie zachęcam cię przy tym do napisania powieści, choć nie będzie mi też przykro, jeśli jakąś stworzysz, o ile naprawdę przejmowałeś się czymś podczas pisania. Petycja do burmistrza miasta opisująca dziurę w drodze przy twoim podjeździe albo list miłosny skierowany do sąsiadki również się sprawdzi.

2. Powstrzymaj się jednak przed bełkotem

Nie będę paplać na ten temat.

3. Dbaj o prostotę

Jeśli chodzi o korzystanie z języka, pamiętaj, że dwóch wielkich mistrzów, William Szekspir i James Joyce, pisali niemal dziecinne zdania, opisując poważne tematy. To be or not to be? pyta szekspirowski Hamlet. Najdłuższe słowo ma zaledwie trzy litery. Joyce, gdy był w formie, był w stanie złożyć zdanie tak zawiłe i lśniące jak naszyjnik Kleopatry, lecz moim ulubionym cytatem z jego opowiadania Eveline jest to: Była zmęczona. W tym punkcie opowiadania żadne inne słowa nie mogłyby równie mocno złamać serca czytelnika.

Prostota języka jest nie tylko godna szacunku, ale też być może wręcz uświęcona. Biblia otwiera się zdaniem, które spokojnie leży w możliwościach sprawnego czternastolatka: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.

4. Miej odwagę ciąć

Być może ty również posiadasz zdolność tworzenia wzmiankowanych naszyjników Kleopatry. Twoja elokwencja powinna być jednak w służbie pomysłom twojej głowy. Możesz przyjąć następującą zasadę: jeśli zdanie, nieważne jak idealne, nie podkreśla twojego tematu w nowy czy pożyteczny sposób, wykreśl je.

5. Brzmij jak ty sam

Styl pisania, który jest dla ciebie najbardziej naturalny, powinien brzmieć jak echo mowy, której słuchałeś, będąc dzieckiem. Angielski był trzecim językiem Josepha Conrada, i wiele tego, co wydaje się pikantnym w jego doborze słów, było bez wątpienia powodowane faktem, że jego językiem ojczystym był polski. Szczęśliwym jest pisarz, który wyrósł w Irlandii, gdyż język, jakim się tam posługują, jest zabawny i muzykalny. Ja wychowywałem się w Indianapolis, gdzie mowa potoczna brzmiała jak piła taśmowa przecinająca cynkowane puszki, a stosowane słownictwo było tak pozbawione ozdobników jak klucz francuski.

Osobiście odkryłem, że ufam swojej pisaninie najbardziej – a inni zdają się podzielać to zaufanie – gdy brzmię jak osoba z Indianapolis, czyli dokładnie to, kim jestem. Jakie mam alternatywy? Ta, którą najbardziej stanowczo forsują nauczyciele, zapewne również została przekazana tobie: by pisać jak dobrze wychowany Anglik sprzed wieku lub dwóch.

6. Mów to, co chcesz powiedzieć

Bywałem poirytowany przez takich nauczycieli, ale już nie jestem. Teraz rozumiem, że wszystkie te antyczne eseje i opowiadania, do których miałem porównywać swoją pracę, były wspaniałe nie ze względu na ich datowanie czy zagraniczne pochodzenie, ale z powodu precyzyjnego wyrażania myśli autora. Moi nauczyciele chcieli, bym pisał precyzyjnie, nie ustając w wyborze najbardziej efektywnych słów, budując między nimi zależności jednoznacznie, ściśle, jak części maszyny. Oni nie chcieli mnie zmienić w Anglika. Mieli nadzieję, że stanę się zrozumiały – a przez to zrozumiany. Tak prysnęło moje marzenie korzystania ze słów niczym Picasso z farb czy muzycy jazzowi z dźwięków. Jeśli złamałbym zasady interpunkcji, pozmieniał znaczenia słów i powrzucał je na oślep, nie zostałbym zrozumiany. Tak więc ty również lepiej unikaj stylu Picassa czy jazzmanów, jeśli masz do powiedzenia coś wartego uwagi i chcesz zostać zrozumianym.

Czytelnicy chcą, by nasze stronice wyglądały tak, jak strony książek, które widzieli wcześniej. Dlaczego? Bo stoi przed nimi trudne zadanie, a my powinniśmy im je ułatwiać.

7. Współczuj czytelnikom

Czytelnicy muszą zidentyfikować tysiące małych znaczków na papierze i błyskawicznie nadać im sens. Muszą czytać, a jest to sztuka tak trudna, że większość ludzi nie jest w stanie jej opanować mimo studiowania jej przez podstawówkę i liceum – dwanaście długich lat.

Dyskusja ta musi więc w końcu zmusić do przyznania, że nasze opcje stylistyczne jako pisarza nie są liczne ani efektowne, jako że nasi czytelnicy z zasady będą tak niedoskonałymi artystami. Nasza publiczność wymaga, byśmy byli współczującymi i cierpliwymi nauczycielami, zawsze chętnymi coś uprościć i wyjaśnić, podczas gdy my wolelibyśmy szybować ponad tłumem, śpiewając niczym słowiki.

To kiepska wiadomość. Dobra jest taka, że Amerykanie mają unikalną konstytucję, która pozwala nam pisać, co tylko nam się zamarzy, bez strachu przed karą. Tak więc najbardziej znaczący aspekt naszego stylu, czyli dobór tematu, pozostaje niczym nieograniczony.

8. Szczegółowe porady

Tym, którzy chcą dyskutować o stylu literackim w bardziej zawężonym, technicznym sensie, polecam The Elements of Style autorstwa Strunka Juniora i E.B. White’a. E.B. White jest najbardziej zachwycającym specjalistą od stylu, jakiego wyprodukował nasz kraj.

Powinniście też uświadomić sobie, że nikogo nie obeszłoby, jak dobrze czy fatalnie wyraża się pan White, gdyby nie miał do powiedzenia inspirujących rzeczy.

wtorek, 3 lutego 2015

Rady Neila Gaimana

Uwaga. Post zawiera moje prywatne opinie, których w żadnym wypadku nie można traktować jako prawdy objawionej.

W sieci można znaleźć rady dla początkujących pisarzy, których udzielił Neil Gaiman (wersja angielska, wersja polska). Chociaż szanuję go jako autora, nie mogę się zgodzić z tą listą, więc rozłożę ją na czynniki pierwsze, bo to internet, więc mogę.


1. Pisz.

Truizm.

2. Układaj słowo za słowem. Znajdź takie, które pasują i po prostu je zapisz.

Znowu truizm. Chyba że to jakaś bardzo głęboka prawda, której mój przyziemny umysł nie ogarnia.

3. Skończ to, co piszesz. Krok po kroku, rozdział po rozdziale.

A co z autorami, którzy najpierw piszą zakończenie, a następnie zajmują się rozdziałami w losowej kolejności, w zależności od tego, na co mają nastrój? Nie sądzę, żeby autorytatywne narzucanie sztywnych zasad pomogło początkującym pisarzom, bo każdy ma swoją dynamikę, swój charakter, swoją metodę. Nie ma jednej złotej metody, która pasowałaby wszystkim.

4. Po skończeniu, pozwól tekstowi odleżeć chwilę. Przeczytaj go ponownie, udając, że to pierwszy raz. Pokaż go znajomym, których opinię szanujesz, i którzy lubią dzieła podobne do tego, które wyszło spod Twojej ręki.

I tak, i nie. Jak ktoś nie lubi danego gatunku czy jest obojętny, to nawet może być bardziej obiektywny. Poza tym mało kto potrafi udawać, że to pierwszy raz – albo faktycznie zapomniałeś i to jest wtedy wykonalne, albo nie i udawać to sobie możesz, ale nic ci z tego nie przyjdzie. Dlatego lepiej jest odłożyć tekst na dłużej niż chwilę.

5. Pamiętaj: kiedy ludzie mówią Ci, że coś jest nie tak, albo że coś w tekście im zgrzyta – prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią Ci dokładnie co jest źle i jak to poprawić – prawie zawsze są w błędzie.

Cóż, tym punktem Gaiman neguje sens działalności ocenialni. Nie wiem, co jest złego w wytykaniu ewidentnych błędów i wskazywaniu rozwiązań pozwalających na wybrnięcie z literackich kłopotów i kłopocików. Poza, być może, urażeniem miłości własnej autora.

6. Popraw, co potrafisz. Pamiętaj, że prędzej czy później wypuścisz swój tekst w świat i zaczniesz pracę nad nowym. Nie będzie czasu na doprowadzenie któregoś z nich do perfekcji. Gonienie za ideałem jest jak ściganie horyzontu. Pędź przed siebie.

To jest dobra rada, ale wyłącznie dla perfekcjonistów, którzy nigdy nie będą zadowoleni ze swojego dzieła, którzy nie wiedzą, kiedy można odpuścić dopieszczanie dzieła, którzy spędzą lata nad kształtowaniem jednego zdania tak, by miało idealne brzmienie. Niemniej, perfekcjoniści nie stanowią większości społeczeństwa, a co za tym idzie, nie stanowią też większości pisarzy.

7. Śmiej się z własnych dowcipów.

Umm… Czy są ludzie, którzy nie śmieją się z WŁASNYCH dowcipów? Jeśli tak, czemu w ogóle uważają je za, wiecie, dowcipy? To niepokojące.

8. Podstawowa zasada pisania brzmi: jeśli robisz to pewną ręką i z przekonaniem, wszystko ujdzie Ci na sucho. (To może być podstawowa zasada życia, nie tylko pisania – ale z pewnością jest to prawda w stosunku do pisania.) Opowiedz więc swoją historię tak, jak powinna być opowiedziana. Pisz szczerze i przekaż wszystko najlepiej, jak umiesz. Nie jestem pewien, czy są jeszcze inne zasady. Z pewnością nie są ważniejsze od tej.

Nie. Efektem takiego podejścia są gnioty serwowane nam przez niesławnych w sieci autorów, którzy są tak przekonani o cudowności swego tworu, że publikują go bez poddawania go krytyce (albo odrzucając wszelką krytykę jako niekonstruktywny hejt). W efekcie, gdy dzieło trafia do szerszej publiczności, a na autora wylewane są wiadra pomyj, przeżywa on szok poznawczy i najczęściej, niestety, woli pogrążyć się we własnym idealnym świecie marzeń, niż wyciągnąć z krytyki sensowne wnioski i napisać następne dzieło lepiej. Często zresztą czytelnik, który dostaje do ręki efekt wielomiesięcznej akcji wizerunkowej, jest o wiele bardziej zawiedziony i skłonny do narzekań, ponieważ obiecywano mu cuda na kiju, a dostał chłam. Nikt nie lubi być okłamywany.


Podsumowując, myślę, że Gaiman napisał osiem porad dla samego siebie. Porad skrojonych na miarę tego jednego, konkretnego osobnika, który ma szczęście posiadać talent literacki, warsztat i masę sprzedanych tytułów. Niestety, przeciętny początkujący autor niewiele z nich wyciągnie dla siebie.
Obsługiwane przez usługę Blogger.