Każdy język składa się z wielu zapożyczonych słów, które przywędrowały wraz z zagranicznymi nowinkami. Łatwo jest nam zauważać słowa pochodzenia angielskiego, zwłaszcza te najświeższe, jak dizajn, miting czy parenting, które wielu, włącznie ze mną, kłują w oczy. Co jednak z bardziej egzotycznymi wstawkami, funkcjonującymi w naszym języku od tak dawna, że wydają się rdzennie polskie?
Arabizmy:
Admirał (Emir el-Bahr = Pan Morza). Ciekawa jestem, ilu naszych admirałów zdaje sobie sprawę z tego, że z dumą noszą arabskie tytuły.
Algebra (al-jabr = przywrócenie). No dobra, to było łatwe i nie wymaga dodatkowego komentarza. Wszyscy wiedzą, że matematyka pochodzi z Arabii.
Alkohol (al-kuḥl = proszek używany jako kredka do oczu). No cóż, również i dziś alkohol jest bazą wielu kosmetyków. Gdy słowo zostało wprowadzone do europejskich salonów, oznaczało dowolny destylat. Dopiero w dziewiętnastym wieku zaczęto z niego korzystać w takim znaczeniu, jakie znamy dziś. Co więcej, obecnie w arabskim na określenie alkoholu używa się zupełnie innego słowa, al-ġawl, oznaczającego ducha (spirit).
Alchemia (al-chimija = łączyć, stapiać). Co prawda korzenie alchemii tkwią w Egipcie, ale to świat arabski przejął i rozwinął antyczną spuściznę. Efektem tego jest choćby stosowanie gipsu przy złamanych kościach.
Alkalia (al-qaly = popiół ze słonolubnych roślin). To właśnie w ten sposób otrzymywano pierwsze substancje alkaliczne, jak potaż, który stanowił bardzo ważną gałąź polskiego eksportu w XVII i XVIII wieku.
Arsenał (dār aṣ-ṣināʕa = manufaktura, sklep). Bardzo jestem ciekawa, jak nazywano arsenały przed zaadaptowaniem tego słowa. A może nie trzymano wtedy broni zgromadzonej w jednym miejscu?
Cyfra, Zero, Szyfr (ṣifr = pusty). Analogicznie do algebry; świat arabski pokazał nam, jakiego nazwenictwa używać w przedmiocie będącym udręką wielu uczniów.
Bazar (bāzār = targowisko). Ciekawa jestem, czy słowo przyjęło się u nas dlatego, że jest krótsze od targowiska. Z drugiej strony, najczęściej słyszałam je w wydłużonej wersji „bazarek”, więc kto wie, kto wie.
Kawa (kahwa, quwwah = siła, energia). Do Polski dotarła w większej ilości po bitwie pod Wiedniem (a ja nie umiem wyrzucić z wyobraźni obrazu dwóch wrogich sobie wojaków, popijających razem poranną kawę, popatrując ze zmarszczoną brwią po pobojowisku), choć już wcześniej mieszkańcy Kamieńca Podolskiego stawiali kawiarnie dla wojsk osmańskich.
Lutnia (al-ud = drewno). Co może być bardziej polskiego od instrumentu, na którym grała Danusia, gdy oczarowała Zbyszka z Bogdańca? No cóż, okazuje się, że Danusia grała na ostatnim krzyku muzycznej mody, Arabskim Drewnie.
Zenit (samt ar-ra's = strona w którą skierowana jest głowa). Słowo ma źródła w pomyłce czternastowiecznych mnichów, tłumaczących arabskie teksty na łacinę.
Turcyzmy:
Jar (wąwóz). Dlaczego z tureckiego wzięliśmy akurat jar? Pojęcia nie mam.
Sinicyzmy:
Czaj (chá yè = liście krzewu herbacianego). Niby nie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Chiny są ojczyzną mojego ulubionego napoju, jednak do tej pory sądziłam, że czaj pochodzi z rosyjskiego.
Herbata (herba + tê = zioło krzewu herbacianego).
Japonia (ży-pen = korzeń słońca). Dlaczego woleliśmy używać chińskiej nazwy tego kraju, zamiast japońskiej (Nippon)?
Keczup (kê-tsiap = solanka z marynowanych ryb). Na szczęście dziś wolimy keczup z pomidorów.
Jidiszyzmy, hebraizmy:
Belfer (pomocnik nauczyciela w chederze). Zdaje mi się jednak, że to słowo było o wiele bardziej popularne w czasach młodości moich rodziców.
Ciuch (cich = poszwa). Co prawda niektórzy uważają, że to rdzennie polskie słowo, które wzięło się od „cuchnąć”, wersja jidyszowa o wiele bardziej mi się podoba.
Machlojka (machlojkes = sprzeczka, zatarg).
Rejwach (rewech = korzyść). Zakładam, że korzyściom często towarzyszyło spore zamieszanie.
Ślamazara (szlimazl = pech). Co za nieszczęście być ślamazarnym!
Bajzel (bajzl = domek). Co mały dom, to albo burdel, albo bałagan? Co to się, panie, wyprawiało w tych dawnych czasach.
Plajta (plejte = ucieczka). Widocznie kiedyś jak ktoś plajtował, to instynktownie rzucał się do ucieczki.
Sitwa (szutfes = spółka). Znaczenie zostało to samo, tylko nabrało pejoratywnego zabarwienia.
A jakie polskie słowa zrobiły karierę za granicą? Wiem o dwóch: granica i wódka.
Notka powstała w oparciu o Wikipedię.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gaya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gaya. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 września 2015
wtorek, 12 maja 2015
Wywiad z Leleth
Zapraszam na wywiad z Leleth. Niektórzy z was znają ją jako specjalistkę od zawiłości języka polskiego, inni jako oceniającą z Pomackamy czy też nieustraszoną i aktywną komentatorkę. Dziś jednak rozmawiać będę z Leleth-autorką, która ma na swoim koncie dwa opowiadania (a właściwie powieści), w tym jedno ukończone, choć wciąż w trakcie publikacji.
Przybliż nam w kilku słowach, o czym traktują twoje opowiadania.
Są to opowiadania obyczajowe o epoce wiktoriańskiej. Zupełnie nie umiem wymyślać blurbów, więc chyba trudno mi będzie powiedzieć coś więcej… Bohaterkami są młode kobiety, a w jednym z nich istotnym wątkiem jest miłość kazirodcza. Jest trochę romansów, trochę humoru albo angstu, trochę o marzeniach i przeciwnościach… no, jak to obyczajowe opka.
Dlaczego skupiłaś się akurat na epoce wiktoriańskiej?
Przez przypadek. Myślałam początkowo o XX wieku, ale wymyślałam fabułę ze znajomą i zaproponowała jako najbardziej „tró” tło XIX wiek albo realia postapokaliptyczne. Postapo nie znoszę, więc padło na XIX wiek, który bardzo lubię (jako tło literackie, bo nie chciałabym żyć w tamtych czasach). Drugie opowiadanie było już świadomym wyborem. Czemu? Cóż, gdyby działo się to w dzisiejszych czasach, nie miałoby racji bytu. Sporo problemów moich bohaterek w ogóle nie byłoby problemami. Nie ma u nas (no, w większości) potępienia kobiet studiujących, wykluczenia ze społeczeństwa nieślubnych matek, powszechnie aranżowanych małżeństw… Oczywiście, mogłabym wymyślić wtedy inną fabułę, ale… po co miałabym się na to wysilać, kiedy tamte czasy są mi w pewien sposób bliskie, a odczucia moich bohaterek sądzę, że uniwersalne. Myślę, że paradoksalnie łatwiej oddać mi język tamtych czasów niż język współczesny (mimo że sama prywatnie piszę potwornym slangiem internetowym). Są one na tyle bliskie, że nie wymagają aż takiej ilości specjalistycznej wiedzy, jak te dawniejsze, i mentalność ludzi nie różniła się aż tak bardzo, ale na tyle dalekie, by być w pewien sposób egzotyczne.
Czy nie masz już czasem dość tego okresu, pisząc równocześnie dwa opowiadania osadzone w tej epoce?
Myślę, że chciałabym kiedyś od tego odpocząć, zająć się czymś innym, i planuję zresztą to zrobić po ukończeniu tych opowiadań – mam zamiar wziąć się za kryminał, a ściślej powieść detektywistyczną, taką w stylu Agathy Christie. Nie mam zresztą aktualnie kolejnych pomysłów na powieść wiktoriańską, a pisanie na siłę jest bezsensowne. Niemniej lubię tę epokę i jeśli mi jeszcze kiedyś przyjdzie do głowy coś do zrealizowania w tych realiach, to do tego wrócę. Czasem bywam zmęczona, ale to raczej ogólne zmęczenie materiału – ja wiem, że nigdy nie potrafiłabym napisać choćby kilkutomowej sagi, bo nawet najukochańsi bohaterowie zamęczyliby mnie po takim okresie przebywania z nimi. Ale to tło należy do tych, w których zdecydowanie pisałoby mi się najlepiej.
Co motywuje cię do pisania?
Przede wszystkim feedback czytelników. Jestem od niego niemal uzależniona i, jako że planuję napisać wzmiankowany kryminał, który musiałabym pewnie najpierw skończyć i dopracować w najdrobniejszych szczegółach, bo trudno mi tu iść na żywioł jak w przypadku powieści obyczajowej, to zupełnie nie umiem sobie wyobrazić, jak to zrobię bez komentarzy innych na bieżąco.
Poza tym po prostu lubię pisać i dzielić się swoim punktem widzenia.
Czego nauczyłaś się po pierwszym opowiadaniu, co implementujesz w drugim?
Nie wiem, czy mogę nazwać to świadomą nauką. Nie potrafię powiedzieć, że robię teraz konkretnie to i to, bo wcześniej tego nie robiłam/robiłam źle. Staram się pisać trochę więcej opisów, bo przy pierwszym opowiadaniu czytelnicy narzekali na to, że jest ich mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że odbiór rzeczywistości jest przefiltrowany przez bohaterkę, która ma zmysł artystyczny. Wciąż jednak mam z tym problem, nie lubię ich pisać, bo ja po prostu tak nie widzę świata, nie mam zupełnie wyobraźni przestrzennej, nawet swoich bohaterów nie widzę, wiem tylko, jaki zbiór konkretnych cech – niebieskie oczy, czarne oczy, szczupła sylwetka, nieregularne rysy twarzy itd., itp. – ich tworzy. W czytanych książkach przeskakiwałam opisy zupełnie automatycznie i dlatego zawsze dziwiło mnie, kiedy ludzie mówili, że „W pustyni i w puszczy” czy „Nad Niemnem” jest pod tym względem nudne. Nie sądzę więc, żebym kiedyś miała tworzyć opisy na miarę Homera, natomiast myślę, że mogę trochę, mimo mojej niechęci, nad tym popracować.
Ale, mimo tego braku, hm, świadomej nauki, myślę, że nabyłam przynajmniej trochę podświadomej. Wiem, że pierwsze opowiadanie było moim rozpisaniem pióra, było czymś, na co koncepcję miałam bardzo płynną, gdzie chciałam zmieścić jak najwięcej „tró” rzeczy, niekoniecznie z sensem – to znaczy, zawsze starałam się nie gwałcić logiki, ale niektóre motywy zdawały mi się dość opkowe, nawet jeśli uzasadnione. Widzę też, że zupełnie nie umiałam znaleźć dla niego sensownej objętości. Uparłam się napisać następną część, pokazać następne pokolenie i pakowałam do niej zapychacze, które miały jej nadać odpowiednią długość, bo gdybym pisała jedynie o rzeczach prawdziwie, moim zdaniem, istotnych, nie byłoby ani opowiadaniem (tak, mam świadomość, że są bardzo długie opowiadania, ale to nieporęczna forma, choćby z wydawaniem ich czy w zbiorach, czy osobno, bywa problem), ani powieścią. W końcu musiałam sobie uświadomić to, co wiedziałam już wcześniej – że to nie ma sensu. Posłałam dziesiątki stron, nad którymi spędziłam godziny, w eter (no dobrze, mam poprzednią wersję na dysku), westchnęłam ciężko i zaczęłam wszystko przerabiać, zmieniać kolejność wydarzeń, okoliczności, od pewnego momentu również w sporym stopniu fabułę. Zrezygnowałam z czegoś, co wcześniej chciałam napisać, zdając sobie sprawę, że po prostu nie mam na to materiału i kontynuowanie tego będzie może miłą ciekawostką, ale nie czymś, co powinno funkcjonować samodzielnie i zasłużyć na tysiące poświęconych bitów. Czułam się głupio wobec moich czytelników, którzy znali poprzednią wersję, którym musiałam powiedzieć „nie, nie dokończę tego w tej formie, przeczytajcie lepiej od początku to, co już w sporej części znacie”, którym pewnie ta poprzednia wersja miała rzutować na odbiór nowej. Sama niespecjalnie miałam ochotę to robić, to jednak było sporo pracy – i to spadającej na mnie w gorącym okresie na studiach – poza tym moi bohaterowie już mnie na tym etapie trochę nużyli i męczyli i miałam wrażenie, że jeśli jeszcze parę razy przeczytam to opowiadanie, to będę je znała na pamięć… ale chciałam coś porządnie zakończyć, chciałam oddać czytelnikom coś dopracowanego przynajmniej na tyle, na ile mnie w tej chwili było stać, chciałam, żeby coś, co piszę – nawet jeśli wiedziałam, że to tylko pierwszy przystanek w pisaniu, że jeszcze wiele się nauczę, dojrzeję, przybędzie mi lat i doświadczeń, że będę wtedy pewnie tworzyć znacznie lepiej (choć przecież gdybym nie pracowała nad poprawą, mogłabym się zatrzymać w miejscu i choćby z tego względu było warto), do czego się w jakimś stopniu przywiązałam – żeby było dobre. Spotkałam się z zarzutami, że traktowanie poważnie internetowych opek jest brakiem dystansu do swoich dzieł, ale myślę, że nie ma nic złego w traktowaniu każdej pasji, nawet niezobowiązującej, jednej z wielu rozrywek, z ambicją. Byle nie zacząć widzieć w sobie AutorKasi czy drugiego Joyce’a albo trzeciego Prousta.
Wracając do pytania – to nie znaczy, że drugie opowiadanie piszę z jakimś określonym starannie planem. Ale mam rozplanowane najważniejsze wydarzenia i przewiduję, że zajmą mi sensowną objętość. I chociaż wyobrażam sobie trochę rzeczy, które staną się po zakończeniu, to wiem, że nie warto dopisywać dziesiątek i setek stron tylko po to, żeby wspomnieć o tych paru zdarzeniach. Chociaż no, w przypadku pierwszego opka to było więcej niż parę.
Nawet jeśli uzbiera się ich wystarczająco dużo, by zapełnić drugi tom?
Wtedy – oczywiście. Ale obecnie nie przewiduję, żeby się uzbierało.
Wspomniałaś, że masz tylko mgliście opracowaną fabułę opowiadań. Czy to dobra taktyka? Jak wobec tego wygląda twój proces twórczy?
Wiem, jak się skończą moje opowiadania, i jakie będą w nich najważniejsze wydarzenia, to mi wystarcza. Nie umiem planować czegoś w najdrobniejszych szczegółach, nie bawi mnie to. Siadam do pisania, wiedząc mniej więcej, co powinnam teraz poruszyć, ale dopiero kiedy uderzam palcami w klawiaturę, na myśl przychodzą mi konkretne zdania, sceny, żarty, rozwój postaci (no oczywiście oprócz tego, co wymyślam przed snem, ale z reguły zapominam i nie zapisuję; tyle scen i dialogów, które mi się podobały, przez to przepadło...). Lubię tę nieprzewidywalność własnego mózgu, nie lubię odwzorowywania czegoś już wymyślonego. I dzięki temu mogę zwracać uwagę na oczekiwania innych, przejmować pomysły, które poddadzą mi lub wymyślę sama, na bieżąco korygować niedoskonałości, brać pod uwagę zdanie czytelników – moje opowiadania wyglądałyby zupełnie inaczej, gdybym nie czytała i nie zastanawiała się nad komentarzami. Dlatego też jestem naprawdę wdzięczna moim czytelnikom.
Nigdy nie piszę też zbytnio chronologicznie – biorę się za scenę, która akurat mi przyjdzie do głowy, na którą mam nastrój. Czasem jest z tego samego rozdziału, czasem z zupełnie innej części opowiadania (choć staram się nie wybiegać za daleko w przyszłość, bo nie wiem, czy coś, co w międzyczasie napiszę, nie zmieni mi koncepcji). Później sklejam je w całość. Mam dwa pliki, jeden jest roboczy, z takimi urywkami, i ma zwykle około kilkunastu stron, kiedy skończę pisać i sklejać cały rozdział, wycinam go i wklejam do drugiego pliku, z porządnie ułożoną całością.
Taktyka w moim przypadku się sprawdza, natomiast każdy ma metodę twórczą, która mu najbardziej odpowiada, byle efekt był dobry, sposób jest nieistotny.
Jak podchodzisz do krytyki? Czy spotkały cię przykre sytuacje?
Nie, nie przypominam sobie takich w związku z opowiadaniami. Generalnie dość rzadko moi czytelnicy wypowiadają się dłużej o wadach tekstu (czego trochę żałuję…). Jak podchodzę, jeśli już to się zdarza? Myślę, że neutralnie. Sporo tych wad widzę – zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu, przy którym się „rozpisywałam”, myślę, że mogę je z perspektywy czasu nazwać moim pierwszym poważniejszym dziełem, i które miało na początku inne założenia; oczywiście poprawiałam je w miarę na bieżąco, ale bezustannie rozwijam warsztat i dziś bym uniknęła pewnych rzeczy, pisanie od początku to jednak co innego niż poprawki – więc trudno, żebym toczyła pianę o coś, z czym się zgadzam. A jeśli się nie zgadzam, to po prostu z tym dyskutuję – jeśli jest z czym, bo z czysto subiektywnymi odczuciami nie zawsze się da.
Tak więc raczej dostaję opinie niż stricte krytykę. I uwielbiam je – niektóre mnie bawią (w dobrym znaczeniu), niektóre bardzo się przydają. Bo siadam do pisania z bardzo mglistym zarysem fabuły i często komentarze czytelników wyznaczają mi kierunek, w którym idę.
Oczywiście zdarzają się też takie, po których nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, czy pooglądać sobie śmieszne koty w internecie, ale to raczej rzadko.
Zdarza ci się mimo tego spojrzeć z góry na koleżanki po piórze, które wprost pytają czytelników o ich oczekiwania?
Hm… to zależy, o co pytasz. Jeśli ktoś robi ankietkę „co powinno być w następnym rozdziale” albo „z kim powinien być A”, „powiedzcie, co mam pisać, bo nie wiem”, to się trochę podśmiechuję. Jeśli ktoś bada target, bo chce napisać coś dobrze sprzedającego się, ale przy tym dobrego, to co w tym złego.
Czy studia pomogły ci w rozwijaniu pasji pisania?
Ojej, nie! Jeśli ktoś chce iść na studia polonistyczne, żeby rozwijać się pisarsko, to robi absolutną głupotę. To znaczy, ja polonistykę już skończyłam, obecnie studiuję informację naukową i bibliotekoznawstwo, które, choć powoli zdążyłam polubić, wciąż jeszcze czasami mnie nudzą (choć to pewnie przez wybór specjalizacji), ale tęsknię za polonistyką i zakładam, że rozmawiamy o niej. My nie uczymy się pisać na polonistyce. Czytamy tony lektur, i to rzadko nowych, raczej klasyki, za którą wielu nie przepada, uczymy się różnych dziwnych rzeczy, oczywiście też gramatyki, teorii literatury – i tak, to ostatnie zwłaszcza może pomóc w kształtowaniu własnego tekstu, ale nie wiem, czy rozwinąć pasję. Równie dobrze może ją zabić. To kwestia indywidualnych predyspozycji, tego, co się lubi, co chce się ze studiów wyciągnąć.
I ja nie studiowałam edytorstwa dlatego, że chciałam pisać. Pewnie, robiłam jakieś próby wcześniej, może gdzieś pamiętałam dziecięce marzenia o byciu sławną i bogatą pisarką, ale wróciłam do pisania – i zaczęłam robić to poważniej – na drugim roku studiów i właściwie przez przypadek. Ja po prostu zawsze kochałam język polski, od każdej strony, tak literackiej, jak językowej. Na wybór studiów zdecydowałam się o dziwo dopiero w drugiej klasie liceum, ale od dawna wiedziałam, że będzie to jakiś kierunek humanistyczny.
A co z betowaniem, redakcją, korektą?
Więcej nauczyłam się z Internetu niż ze studiów. Ale – nie pamiętam. Wiem, że o zapisie dialogów, o półpauzach, pauzach i dywizach, o przecinkach przy imiesłowach, o zapisie nazwisk przeczytałam w internecie, i że było to stosunkowo niedawno, ale nie mam pojęcia, gdzie i dlaczego. Studia dały mi mało, bo już to wszystko wiedziałam. Zresztą przyszłych polonistów bardzo mało się kształci pod kątem poprawnego pisania i po prostu mnie boli, kiedy widzę, jak piszą moi znajomi z roku. Przyszli nauczyciele, dziennikarze, redaktorzy – to oczywiście wersja bardzo optymistyczna, bo pewnie mało osób będzie pracować w zawodzie – robiący błędy ortograficzne na poziomie podstawówki. Jestem zdania, że egzaminem kwalifikującym na polonistykę powinno być porządne dyktando. (U nas było na zajęciach, na stylistyce bodajże. Za pierwszym razem zdała jedna osoba. Część poprawiała je na każdych zajęciach do końca semestru…).
Wracając do tematu – czy pomogło mi to rozwinąć pasję? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Uwielbiałam te studia, chociaż oczywiście zdarzało mi się na nie narzekać. Ja tę pasję miałam w sobie. Czy to one ją wydobyły, rozwinęły, czy zawsze była taka sama, czy pomógł mi w tym chociażby Internet – nie potrafię powiedzieć. Nie wiem. Na pewno pozwoliły mi się trochę dowiedzieć, może bardziej zanurzyć się w środowisko, ale to już inna sprawa.
Skoro nie rozwijanie pasji ani nie uzupełnianie informacji, co najbardziej podobało ci się na studiach?
Może tak: nie mogę powiedzieć, czy studia rozwinęły mi pasję, bo mogłam ją rozwinąć sama. Ale studia dały mi możliwość obcowania z nią. Samo to było świetne. No i oczywiście rozwinęłam swoją wiedzę (czego nie należy mylić z rozwijaniem pasji) – to nie tak, że niczego się na tych studiach nie dowiedziałam, chyba zostałam źle zrozumiana – absolutnie nie miałam intencji robić z siebie zblazowanego geniusza, bo po prostu w dziedzinie poprawności językowej były dla mnie nader mało rozwijające. Miałam też szczęście w przytłaczającej większości trafić na świetnych wykładowców.
A jeśli chodzi o studia rozumiane bardziej całościowo… Kraków. Kocham to miasto. To jest dla mnie paradoks – właśnie wtedy przechodziłam najgorszy okres w moim życiu, zdiagnozowano u mnie depresję, długo mi zajęło wyjście z niej, miałam sporo problemów osobistych i osobowościowych, nie zostawiłam tam nawet bliskich przyjaciół – a jednak wspominam te studia, czas spędzony w tym mieście, z ogromnym sentymentem i bardzo tęsknię.
Jak w porównaniu z Krakowem wypada Warszawa?
O nie, nie każ mi się narażać w tym odwiecznym sporze! Ja kocham Kraków. Do Warszawy byłam uprzedzona i dopiero uczę się ją lubić, co wychodzi mi mocno tak sobie – ale to nie tak, że nie doceniam. Ma piękne miejsca, ciekawych ludzi – po prostu Kraków to moje miasto. Nie lubię tych wiecznych wojen i sporów między różnymi miastami czy miastami i wsiami, dowartościowywania się, że przez przypadek urodziło się tu a nie gdzie indziej, są dogłębnie idiotyczne.
Nie odczuwasz więc też lokalnego patriotyzmu względem miejsca, w którym mieści się twój rodzinny dom?
Ja w ogóle nie jestem patriotką, choćby ze względu wspomnianego powyżej. Chociaż miewam przejawy lokalnej dumy. Ale to chyba płynie z potrzeby przynależności do czegoś, jakiejś grupy, z którą można się identyfikować, bo na poziomie racjonalnym do mnie to nie trafia. Jasne, że mam jakiś sentyment do miejsc mojego dzieciństwa, ale to nie jest równoznaczne z patriotyzmem.
No i irytuje mnie trochę traktowanie Bieszczad jako jakiegoś zupełnie dzikiego zakątka Polski, używanie tego w żartach. Poważnie, niedźwiedzie nie chodzą nam po ulicach, a internetu nie nosimy wiaderkami.
Wracając do twojej twórczości, pierwsza, ukończona już powieść, opowiada o kazirodczej miłości. Skąd potrzeba poruszania tak kontrowersyjnych tematów?
…zastanawiałam się nad uchyleniem się od wyznania prawdziwej i żenującej przyczyny…
Otóż przeczytałam kiedyś powieść o kazirodztwie. Powieść była tragicznie zła, ale byłam w takim stanie emocjonalnym, że temat i głupota tego dzieła wstrząsnęły mnie bardzo mocno i postanowiłam napisać własną. Przemówiły do mnie nieskończone pokłady tzw. tró tego pomysłu.
Podzielisz się tytułem tego wstrząsającego dzieła?
No nie wiem, czy nie powinien zaginąć w pomroce dziejów, ale były to „Kwiaty na poddaszu”. (Przy czym pierwsza część w porównaniu z drugą – albo piątą, prequelem, przy którym w połowie mózg odmówił mi kontynuowania zapoznawania się z tą treścią – jest jeszcze stosunkowo mało głupia i patologiczna… stosunkowo).
Czuję, że muszę się tym podzielić, a więc opowiem o, eee, fabule tego ksiopka.
Generalnie przeczytać jedną książkę tej autorki to jak przeczytać wszystkie. Główna bohaterka jest zawsze zakochana w swoim bracie, biologicznym albo przybranym, a jej ojciec nie jest jej ojcem. Jej ojcem jest jej dziadek albo stryj żony kuzynki ciotki wuja. Ponadto hirołinę zawsze ktoś gwałci i ma ona zainteresowania artystyczne, więc daje się przelecieć jakiemuś tancerzowi/reżyserowi/łotewer i ma z nim dziecko, które później jej brat bez słowa wychowuje.
A odnosząc się bezpośrednio do „Kwiatów na poddaszu”, to główna bohaterka jest najbardziej znienawidzoną przeze mnie postacią w dziejach literatury. Rozegzaltowana egoistyczna idiotka, by nie użyć słów powszechnie uznawanych za wulgarne.
UWAGA, SPOILERY
W każdym razie chodzi w tym ksiopku o to, że zła matka zamknęła dzieci na poddaszu. Albowiem wyszła za swojego przyrodniego wuja, to znaczy przyrodniego brata ojca, przez co ten ojciec był wściekły. No więc nie powiedziała mu, że ma dzieci, a jak jej mąż umarł, to wróciła do ojca, zamknęła dzieci na poddaszu i truła je pączkami z arszenikiem. Dzieci siedziały na tym poddaszu cztery lata i po trzech pomyślały, że może by wyjść. Dwójka starszych, Chris i Cathy, zdążyła mieć w tym czasie seksy (a właściwie to gwałt). Oczywiście jest też postać psychicznej babci (właściwie jedyną postacią w tym dziele, która rokuje jakiekolwiek nadzieje na wyjście z totalnego popaprania, jest Chris) i dużo różnych innych wstrząsających rzeczy.
W każdym razie te dzieci w końcu uciekają i tu się zaczyna druga część. Trafiają do czterdziestoletniego lekarza, który opowiada Cathy, jak to zgwałcił żonę, ale w sumie to on jest pokrzywdzony, bo ona miała jakąś traumę i nie chciała z nim uprawiać seksu, nie? Później Cathy, która ma wtedy piętnaście lat i jest ponad dwa razy młodsza od doktorka, idzie z nim do łóżka. W ogóle Cathy sypia, z kim popadnie, zakochuje się w niej każdy niezależnie od wieku i stopnia pokrewieństwa. Później ma dziecko ze swoim ojczymem… no i tradycyjnie dzieje się mnóstwo widowiskowych rzeczy, w tym pożar domu, romanse, dzieci, bezpłodności, choroba psychiczna matki (znaczy chyba… jeszcze większa), w które nie chcę się zagłębiać dla własnego zdrowia psychicznego.
Jakiś czas później coś bardzo złego mnie naszło i postanowiłam przeczytać prequel, o babce i dziadku Cathy i Chrisa. Jeśli sądziłam, że wcześniej mózg mi wypływał uszami, to się myliłam. Otóż w tej części się okazało, że ich ojciec, który był przyrodnim wujem matki, był tak naprawdę też jej przyrodnim bratem, ponieważ ich dziadek zgwałcił swoją macochę. A zgwałcił ją (i trzymał na poddaszu), ponieważ przypominała mu jego matkę. W tym momencie mój mózg odmówił dalszej współpracy i w połowie książki byłam zmuszona przerwać zapoznawanie się z tym fascynującym dziełem. Tak. Wspaniałe książki. *jestem pewna, że gdzieś tu miałam butelkę wybielacza…*
Co popycha cię do czytania tego typu tworów? O ile wiem, nie poprzestałaś na tej jednej książce i zapoznałaś się z resztą serii.
Nie wiem, co można by odpowiedzieć na takie pytanie… Masochizm? Lubię czasem zresetować sobie mózg, no i trzeba wiedzieć, co się krytykuje. W przypadku tych bardziej znanych dzieł to jeszcze chęć wiedzy, o czym wszyscy rozmawiają.
Jak pisałam wyżej, w całości przeczytałam pierwszą część, drugą po skosie, na trzecią i czwartą tylko rzuciłam okiem, żeby wyłowić ewentualne wstrząsające wydarzenia, piątą do połowy. Ale miałam jeszcze parę podejść do twórczości tej autorki (albo jej ghostwritera).
Jakie jeszcze lektury zaliczyłabyś do swoich guilty pleasure?
No, nie wiem, czy to powyższe można by nazwać pleasure, raczej nie. Lubiłam, kiedy naszedł mnie nagły zryw, czytać harlekiny z serii „Romans z szejkiem”, ale podczas przedostatniej sesji zimowej pochłonęłam wszystkie, i jeszcze te o księciach, nad czym ubolewam. Ogólnie jestem fanką tanich motywów – choć zwykle tylko w specyficznych dziełach (chociaż harlekiny to są głównie obrzydliwe, nie tanie, ze względu na niezmienny archetypiczny wizerunek buca-control freaka i bezwolnej idiotki). Kiedyś rechotałam serdecznie i zachwycałam się opisami… cóż, erotycznymi… w cyklu „Władcy Podziemi”, ale przy kolejnym czytaniu już mnie bardziej wkurzała potworna toksyczność przedstawionych tam związków.
Bardzo lubię „Sagę o Ludziach Lodu”, choć nie wiem, czy mogę to zaliczyć do guilty pleasure, bo absolutnie nie wstydzę się do tego przyznawać. No dobrze, do romansów o szejkach też nie miałam oporów, ale, jakby to… naprawdę nie uważam, że te książki – to znaczy SoLL, nie szejkowie – są złe. To po prostu urocze opeńka, które nie udają, że są ambitną literaturą. No dobrze, harlekiny też nie udają, ale harlekiny są toksyczne i wszystkie bite od jednej sztancy, w SoLL jest chociaż jakieś tło i coś się dzieje. Niestety jakieś dziesięć ostatnich tomów i kolejne sagi, zwłaszcza ta o Królestwie Światła, to już kompletny odjazd, nudy i/albo głupota, a w zakończeniu brakowało mi tylko kucyponków rzygających tęczą.
Wróćmy do twojej twórczości. Wiemy, że sprawdzanie realiów świata przedstawionego jest dla ciebie ważne, jak się za to zabierasz?
Huh… wrzucam w google słowa kluczowe? Nie jestem żadną specjalistką od epoki wiktoriańskiej, ale sądzę, że da się napisać powieść umiejscowioną w tamtych czasach – o ile to ludzie, nie tło, grają pierwsze skrzypce – na podstawie wiadomości ze szkoły, filmów, książek, otaczającej nas kultury, przyswojonej mimowolnie, i drobnego researchu. Tę pierwszą wiedzę mam, a poszukanie, jaka była moda w określonych latach, jak długo mógł jechać pociąg między punktem A i B czy jaki aktor mógł zagrać w sztuce w określonym czasie i miejscu nie jest szczególnie skomplikowane. Ponadto – lubię tamtą epokę, lubię poszerzać swoje horyzonty – i choć to już nie jest mi koniecznie niezbędne, chętnie czytam teksty z tego okresu czy opracowania na temat, w nadziei, że znajdę jakieś smaczki do wykorzystania, ale też dla przyjemności. A kiedy czegoś naprawdę nie wiem czy nie umiem znaleźć, po prostu z tego rezygnuję, to lepsze, niż palnąć bzdurę.
Co uważasz za najtrudniejszy element twórczej męki?
Hm, trudno wymienić mi coś wiodącego. Trudno jest mi pisać narracją personalną z perspektywy postaci, której „nie czuję” – aczkolwiek to właściwie tylko przypadek pierwszoplanowych, z innymi raczej nie mam takiego problemu, może dlatego, że są mi mniej bliskie. Oczywiście bardzo irytujący jest też brak weny i pomysłów na sensowne poprowadzenie/wątku i postaci… Cóż jeszcze... kiedy realia nie chcą się zgadzać z wizją twórczą – (nie)stety nie umiem sobie wyrobić podejścia, że w takim razie tym gorzej dla nich i muszę kombinować, jak to obejść. Ale jakiejś głównej irytacji chyba nie mam.
A, przypomniałam sobie! Powtórzenia. Nie znoszę wynajdywania coraz bardziej odrealnionych synonimów czy zmiany konstrukcji zdań, które są dobre w aktualnym brzmieniu, tylko po to, żeby obejść powtórzenia. I podmioty, też się wiążące z powtórzeniami, bo trzeba je wpychać, żeby nie było ewentualnej niejasności.
I wymyślanie tytułów. Jestem upośledzona w tym względzie i wymyślanie tytułu jest dla mnie drogą przez mękę.
Wspomniałaś o kłopotach z narracją. Jedno z twoich opowiadań wykorzystuje narrację pierwszo-, drugie trzecioosobową. Którą z nich uważasz za łatwiejszą?
Mnie lepiej się pisze przy wykorzystaniu trzecioosobowej. Wybór pierwszoosobowej do pierwszego dzieła był, cóż, przypadkiem (aż boleśnie zdawać sobie sprawę, jak przypadkowe było to opowiadanie) i konsekwencją inspiracji. Co nie znaczy, że tego specjalnie żałuję. Obie formy mają swoje wady i zalety. Dla mnie ważne jest poczucie więzi (nie tyle identyfikacji, bo wysoki stopień identyfikacji niekoniecznie jest dobry, raczej jakiegoś zrozumienia motywów i działań) z istotnymi bohaterami, a narracja pierwszoosobowa umożliwia to jak żadna inna. Jest najbardziej osobista, podoba mi się w niej to. Żałuję jednego, bo wiem, że znacznie lepiej mogłabym nakreślić jedną z najważniejszych postaci, która obecnie jest dość nijaka, gdybym posługiwała się narracją trzecioosobową (ale z innych postaci jestem generalnie zadowolona, więc to też w dużej mierze problem konstrukcji bohatera… no i bohaterki, przez której odbiór jest przefiltrowany), pokazać rozmaite odczucia i punkty widzenia, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie to nie rozwinęło w jakiś sposób. Później zaczęłam pisać narracją trzecioosobową… i w końcu – bo to moje pierwsze długie i poważniejsze (chociaż oczywiście zawsze, kiedy coś pisałam, wydawało mi się to poważne, im młodsza byłam, tym bardziej, więc może za parę lat zmienię zdanie) dzieła, z których mogę wyciągać wnioski – mogę powiedzieć, że mimo wszystko wolę się nią posługiwać. Daje możliwość przedstawiania najrozmaitszych punktów widzenia, o wiele zgrabniejszego przeskakiwania nieistotnych zdarzeń i niepotrzebnych dłużyzn niż pierwszoosobowa. A co do bliskości bohaterom… cóż, nie jest taka, jak w narracji pierwszoosobowej, ale wciąż może być duża. Moja narracja jest zawsze bardzo silnie spersonalizowana, wykorzystuje dużo mowy pozornie zależnej, bardzo rzadko pojawia się u mnie narrator w pełni obiektywny, bezstronnie rejestrujący wydarzenia.
Czy uważasz ocenialnie za przydatne dla początkujących autorów?
No… to zależy. Przede wszystkim od tego, jakie to ocenialnie. Zdarzają się, wiadomo, takie, które poprawiają z dobrego na złe i wypisują nieistotne farmazony, mogą tym zaszkodzić, jeśli ktoś jest bardzo początkujący i nie potrafi zweryfikować pewnych informacji i przekazów. Ale zakładam, że rozmawiamy o dobrych. Tak, czemu nie. Oczywiście trzeba umieć spojrzeć na to krytycznie, jak na wszystko, ale można dostać sporo pomocnych rad, a w ostateczności po prostu opinię potencjalnego czytelnika, która też jest przydatna.
Ja wielu zasad pisowni czy potencjalnych błędów do unikania w opowiadaniach nauczyłam się może niekoniecznie dzięki ocenialniom, ale Internetowi właśnie, a nie książkom czy studiom (choć imo czytanie jest niezbędne, żeby dobrze pisać).
Czy zastanawiasz się czasem nad pójściem o krok dalej i wysłaniem swoich prac do wydawnictwa?
Moje aktualne prace traktują o niekoniecznie sprzedających się rzeczach i nie sądzę, żeby było dobrym pomysłem nimi debiutować. Mam kilka niezbyt sprecyzowanych planów pisarskich na przyszłość i bardzo możliwe, że kiedyś spróbuję, jednak to stosunkowo odległa perspektywa. Nie mam parcia, żeby tylko ujrzeć swoje nazwisko w druku, bo gdyby tak było, już bym rozsyłała swoje prace, wiedząc, że jeśli zostaną odrzucone, zawsze zostaje mi self-pub. Gdybym jednak miała zamiar coś oddać czytelnikom, chciałabym, żeby po pierwsze było to możliwie maksymalnie dopracowane (a przede mną jeszcze dużo doświadczenia życiowego i pisarskiego), po drugie wiedzieć, że będzie mieć szanse na dotarcie do sporej grupy ludzi, a nie tylko się kurzyć na półkach.
Generalnie nie jestem przekonana, czy chciałabym debiutować na polskim rynku. Jest bardzo płytki i nieniosący szans na pójście dalej. Na anglojęzycznym jest może większa konkurencja, ale też większe możliwości przebicia się. Niemniej w takim przypadku trudności na starcie znacznie rosną.
Ale to trzeba traktować w kategoriach hobby, zajęcia dodatkowego. Trudno jest zostać pisarzem, a bardzo trudno jest zostać pisarzem dobrze sprzedającym się. Niewielki promil jest w stanie się z tego przyzwoicie utrzymać, nie chałturząc bezustannie masówki.
Wspomniałaś o wydawnictwach typu self-pub. Co o nich sądzisz?
Jakby to… Może tak: być może idea nie jest z gruntu zła. Natomiast w obecnych realiach praktyka wygląda wprost koszmarnie. Wydawnictwa selfpublishingowe w Polsce są nastawione głównie na zysk. Nie robią w ogóle reklamy, często książki można zamówić tylko przez internet. Wykonują bardzo wątpliwej jakości redakcję i korektę. Proponują krzywdzące dla autorów umowy, korzystając z faktu, że najwyraźniej dla niektórych ujrzenie swego nazwiska w druku warte jest wielu poświeceń. Niemal zupełnie nie przeprowadzają selekcji nadsyłanych dzieł. Często przez internet przetaczają się afery związane z takimi wydawnictwami, pewnie niejednemu obiło się to o uszy – te oficyny nie potrafią więc nawet zadbać o dobry pijar czy wykonywać pracę na tyle porządnie, żeby nie dochodziło do takich sytuacji.
Polecam ten tekst, można się dzięki niemu rozeznać, jak sytuacja takich firm i wannabe pisarzy wygląda.
Poza tym wielu osobom wydawnictwa self-pub nieprzyjemnie kojarzą się z dziełami, których nie chciano nigdzie indziej. Generalnie sytuacja na polskim rynku wydawniczym jest dość dramatyczna, ale uważam, że jeśli tekst jest wystarczająco dobry, w końcu znajdzie wydawcę na uczciwych warunkach – tyle że może to kosztować miesiące czy lata czekania, mnóstwo odmownych odpowiedzi, irytacji i łez, w przeciwieństwie do dość łatwego w porównaniu self-pubu. Ale pisanie to jest bardzo niewdzięczna praca i trzeba się tego spodziewać.
Czego szukasz w literaturze?
Tak najbardziej bezpośrednio to rozrywki. Poszerzenia horyzontów, życia innymi życiami, rozwinięcia wyobraźni i słownictwa… A jeśli zastanowić się, co powinna mieć powieść, żeby mi zapadła w serce… to bardzo trudne pytanie. Czytam właściwie wszystko, tylko paru gatunków serdecznie nie cierpię, i nie mam żadnych określonych kryteriów co do tego, co mi się spodoba. Gdybym musiała jednak wymienić to, co w pierwszej chwili przychodzi mi do głowy, to powieść powinna być wciągająca i powinna mnie poruszyć. Zaangażowanie emocjonalne to dla mnie najbardziej podstawowy warunek. Potem byłoby chyba piękno języka, jasność formułowania myśli (nie znoszę sztucznej głębi i mistycyzmu, tak dobrze się ostatnio sprzedających)… no, sporo by się znalazło, ale niekoniecznie już wiodących kwestii.
Ale przecież literatura to nie tylko powieści. Bardzo lubię też książki popularnonaukowe, uwielbiam Thorwalda czy Brysona – czyta się to jak dobrą powieść sensacyjną. Szalenie lubię dowiadywać się nowych, interesujących rzeczy na jakikolwiek temat i choćby dlatego bardzo cenię sobie dobrze napisane takowe publikacje. Jest dla mnie wtedy zupełnie nieistotne, czy autor zajmuje się medycyną, fizyką, geologią, czy historią zwykłych i niezwykłych ludzi – to wszystko jest ogromnie fascynujące. Mnie świat wydaje się tak niewiarygodnie ciekawy i cudowny, a jest tak mało czasu, żeby zapoznać się choćby z niewielką jego częścią – dlatego wdzięczna jestem autorom, którzy mi to umożliwiają.
A jakie są wobec tego twoje ulubione książki?
„Przeminęło z wiatrem”, „Wichrowe Wzgórza”, „Na wschód od Edenu”, „Nędznicy”. Ze współczesnej literatury szalenie lubię cykl o Niecnych Dżentelmenach Scotta Lyncha i „Opowieści sieroty” Catherynne M. Valente. Z polskiej Brzezińska, zwłaszcza „Wody głębokie jak niebo”, i Dehnel. I, ojej, prawie zapomniałam o Pratchecie.
A co myślisz o listach bestsellerów? Jesteś na bieżąco?
Od kiedy kupiłam sobie czytnik, w miarę je nadrobiłam (chociaż wciąż się dziwię, kiedy na listach bestsellerów odkrywam popularnych ponoć autorów, o których nigdy nie słyszałam). I za każdym razem stwierdzam, że bardzo ich nie rozumiem. Jestem w stanie zrozumieć jakieś kiepskie romanse paranormalne… nie podzielam, ale powiedzmy, że pojmuję mechanizm. Ale czemu triumfy święcą te a nie inne powieści kryminalne, awanturniczne, eee… mistyczne, kiedy w ich gatunkach jest od nich wiele lepszych – nie wiem. Większość pozycji ze szczytów list bestsellerów mnie bardzo rozczarowuje. Mogę tylko powtórzyć słowa Jo Nesbø: „To zagadnienie szczególnie intrygujące, czyli jak to się dzieje, że dana powieść staje się światowym bestsellerem. I tu możemy zakończyć te dywagacje, bo nikt tego nie wie. Największym marzeniem każdego pisarza i wydawcy jest zrozumienie, dlaczego coś nagle sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Niestety, ta wiedza wciąż pozostaje nieuchwytna. Mechanizm sukcesu jest irracjonalny. Dlaczego nagle świat oszalał na punkcie Dana Browna? I niech mi pan nie mówi, że ludzie kochają teorie spiskowe, a Brown to wyczuł. Moglibyśmy wymienić co najmniej dziesięć powieści o spiskach i religii lepszych od ‹‹Kodu Leonarda da Vinci››, a to jednak nie one stały się bestsellerem, lecz powieść Browna. To samo tyczy się Larssona, Johna Grishama i innych. Po prostu raz na jakiś czas działa dziwny mechanizm, który sprawia, że dana powieść podbija cały świat”.
Wolisz książki papierowe czy ebooki?
Zacznijmy od tego, że długo broniłam się przed kupnem czytnika, bo uważałam, że meh, po co mi to, papierowe książki fajniejsze – ostatecznie zrobiłam to, bo przeraziłam się, że angielski mi umiera i stwierdziłam, że muszę czytać w tym języku, a papierowe książki w lengłydżu są trudno dostępne i/lub drogie. Cóż, kiedy już dokonałam zakupu, okazało się, że po angielsku nie czytam prawie wcale, za to w końcu nadrobiłam zaległości z wszystkich książek, które chciałam przeczytać, ale nie było ich w moich bibliotekach, miały długi okres oczekiwania, nie chciało mi się po nie daleko chodzić itede, itepe. Uznałam czytnik za naprawdę świetny i bardzo wygodny wynalazek – można zabrać ze sobą w podróż setki książek w leciutkim urządzeniu i nie będą się one niszczyć. Ale wciąż mam sentyment do papierowych książek i moje ulubione chciałabym mieć właśnie w takiej postaci – z ładną okładką, kartkami do przewracania, móc ich dotknąć, powąchać… Cóż, jestem trochę taką forsyte’owską posiadaczką. Żyjemy w czasach błyskawicznego rozwoju technologii i to jest absolutnie fantastyczne, ale wbrew niektórym prognozom, mam nadzieję, że ebooki nie wyprą papierowych książek, ale obie formy będą obok siebie współistnieć. Obie mają swoje zalety.
Czy czytasz inne blogowe opowiadania? Jeśli tak, które mogłabyś polecić i dlaczego?
Czytam bardzo niewiele, bo w blogosferze naprawdę dobrych, wśród tych tysięcy, jest jak na lekarstwo, a jeszcze mniej mnie interesujących. Dodatkowo ja naprawdę nie mam szczęścia do autorów piszących regularnie i konsekwentnie. Zrobiłam przegląd opowiadań, na które zaglądam, i cóż... Czwarte Insygnium i Opowiedz mi więcej As-t-modeusz mają zostać zamknięte, Origin of love i Zachód jest niebieski Caroliny zawieszone i mające wystartować od początku, Serce ognia Andzi zawieszone, na Bogini Aeis Royal Bee wpisy ostatnio raz na pół roku.
Czy odczuwasz jakiś niedosyt względem opowiadań występujących w blogosferze?
Biorąc pod uwagę, jak niewiele poleciłam na te wszystkie tysiące, to zdecydowanie. Przede wszystkim boli mnie brak różnorodności. Nie zrozum mnie źle – ja lubię tanie klisze, nie wymagam przełomowych rozwiązań – może być nieoryginalnie, byle było napisane ciekawie i przyzwoicie, teraz trudno znaleźć coś nieogranego. Zresztą oryginalność to jest stosunkowo nowy koncept, dopiero z epoki romantyzmu. Problem nawet nie tyle w ujęciu tematu, co w samych tematach. Jakieś 90% opek w blogosferze to fantasy albo fanfiki. Nie mam nic przeciw tym gatunkom, są w porządku, ale ileż można? Męczy mnie ta dominacja fantasy na rynku. Tak, fantasy jest ok, i rozumiem, że po prostu ludzie mają takie gusta, rozumiem też, że chcą dalej obcować ze swoimi ulubionymi postaciami, tyle że dla tego po prostu nie ma konkurencji i inne targety są ignorowane. No, jest jeszcze trochę obyczaju, zazwyczaj głównie romansowego, w blogosferze zwykle spod szyldu „spotkanie z ulubioną sławą”, czasem się trafi jakiś wannabe kryminał… ale ciężko wyłowić z tego coś dobrego. Bardzo chętnie poczytałabym jakieś dobre opowiadanie historyczne… czy choćby obyczajowe albo kryminalne, naprawdę lubię te gatunki, ale kiedy samych dobrych opowiadań jest jak na lekarstwo, jak znaleźć wśród nich jeszcze coś na tyle mało popularnego! Cóż, zapewne autorzy przyzwoitych tworów na te tematy wolą od razu uderzać do wydawnictw.
Serdecznie dziękuję za rozmowę!
Przybliż nam w kilku słowach, o czym traktują twoje opowiadania.
Są to opowiadania obyczajowe o epoce wiktoriańskiej. Zupełnie nie umiem wymyślać blurbów, więc chyba trudno mi będzie powiedzieć coś więcej… Bohaterkami są młode kobiety, a w jednym z nich istotnym wątkiem jest miłość kazirodcza. Jest trochę romansów, trochę humoru albo angstu, trochę o marzeniach i przeciwnościach… no, jak to obyczajowe opka.
Dlaczego skupiłaś się akurat na epoce wiktoriańskiej?
Przez przypadek. Myślałam początkowo o XX wieku, ale wymyślałam fabułę ze znajomą i zaproponowała jako najbardziej „tró” tło XIX wiek albo realia postapokaliptyczne. Postapo nie znoszę, więc padło na XIX wiek, który bardzo lubię (jako tło literackie, bo nie chciałabym żyć w tamtych czasach). Drugie opowiadanie było już świadomym wyborem. Czemu? Cóż, gdyby działo się to w dzisiejszych czasach, nie miałoby racji bytu. Sporo problemów moich bohaterek w ogóle nie byłoby problemami. Nie ma u nas (no, w większości) potępienia kobiet studiujących, wykluczenia ze społeczeństwa nieślubnych matek, powszechnie aranżowanych małżeństw… Oczywiście, mogłabym wymyślić wtedy inną fabułę, ale… po co miałabym się na to wysilać, kiedy tamte czasy są mi w pewien sposób bliskie, a odczucia moich bohaterek sądzę, że uniwersalne. Myślę, że paradoksalnie łatwiej oddać mi język tamtych czasów niż język współczesny (mimo że sama prywatnie piszę potwornym slangiem internetowym). Są one na tyle bliskie, że nie wymagają aż takiej ilości specjalistycznej wiedzy, jak te dawniejsze, i mentalność ludzi nie różniła się aż tak bardzo, ale na tyle dalekie, by być w pewien sposób egzotyczne.
Czy nie masz już czasem dość tego okresu, pisząc równocześnie dwa opowiadania osadzone w tej epoce?
Myślę, że chciałabym kiedyś od tego odpocząć, zająć się czymś innym, i planuję zresztą to zrobić po ukończeniu tych opowiadań – mam zamiar wziąć się za kryminał, a ściślej powieść detektywistyczną, taką w stylu Agathy Christie. Nie mam zresztą aktualnie kolejnych pomysłów na powieść wiktoriańską, a pisanie na siłę jest bezsensowne. Niemniej lubię tę epokę i jeśli mi jeszcze kiedyś przyjdzie do głowy coś do zrealizowania w tych realiach, to do tego wrócę. Czasem bywam zmęczona, ale to raczej ogólne zmęczenie materiału – ja wiem, że nigdy nie potrafiłabym napisać choćby kilkutomowej sagi, bo nawet najukochańsi bohaterowie zamęczyliby mnie po takim okresie przebywania z nimi. Ale to tło należy do tych, w których zdecydowanie pisałoby mi się najlepiej.
Co motywuje cię do pisania?
Przede wszystkim feedback czytelników. Jestem od niego niemal uzależniona i, jako że planuję napisać wzmiankowany kryminał, który musiałabym pewnie najpierw skończyć i dopracować w najdrobniejszych szczegółach, bo trudno mi tu iść na żywioł jak w przypadku powieści obyczajowej, to zupełnie nie umiem sobie wyobrazić, jak to zrobię bez komentarzy innych na bieżąco.
Poza tym po prostu lubię pisać i dzielić się swoim punktem widzenia.
Czego nauczyłaś się po pierwszym opowiadaniu, co implementujesz w drugim?
Nie wiem, czy mogę nazwać to świadomą nauką. Nie potrafię powiedzieć, że robię teraz konkretnie to i to, bo wcześniej tego nie robiłam/robiłam źle. Staram się pisać trochę więcej opisów, bo przy pierwszym opowiadaniu czytelnicy narzekali na to, że jest ich mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że odbiór rzeczywistości jest przefiltrowany przez bohaterkę, która ma zmysł artystyczny. Wciąż jednak mam z tym problem, nie lubię ich pisać, bo ja po prostu tak nie widzę świata, nie mam zupełnie wyobraźni przestrzennej, nawet swoich bohaterów nie widzę, wiem tylko, jaki zbiór konkretnych cech – niebieskie oczy, czarne oczy, szczupła sylwetka, nieregularne rysy twarzy itd., itp. – ich tworzy. W czytanych książkach przeskakiwałam opisy zupełnie automatycznie i dlatego zawsze dziwiło mnie, kiedy ludzie mówili, że „W pustyni i w puszczy” czy „Nad Niemnem” jest pod tym względem nudne. Nie sądzę więc, żebym kiedyś miała tworzyć opisy na miarę Homera, natomiast myślę, że mogę trochę, mimo mojej niechęci, nad tym popracować.
Ale, mimo tego braku, hm, świadomej nauki, myślę, że nabyłam przynajmniej trochę podświadomej. Wiem, że pierwsze opowiadanie było moim rozpisaniem pióra, było czymś, na co koncepcję miałam bardzo płynną, gdzie chciałam zmieścić jak najwięcej „tró” rzeczy, niekoniecznie z sensem – to znaczy, zawsze starałam się nie gwałcić logiki, ale niektóre motywy zdawały mi się dość opkowe, nawet jeśli uzasadnione. Widzę też, że zupełnie nie umiałam znaleźć dla niego sensownej objętości. Uparłam się napisać następną część, pokazać następne pokolenie i pakowałam do niej zapychacze, które miały jej nadać odpowiednią długość, bo gdybym pisała jedynie o rzeczach prawdziwie, moim zdaniem, istotnych, nie byłoby ani opowiadaniem (tak, mam świadomość, że są bardzo długie opowiadania, ale to nieporęczna forma, choćby z wydawaniem ich czy w zbiorach, czy osobno, bywa problem), ani powieścią. W końcu musiałam sobie uświadomić to, co wiedziałam już wcześniej – że to nie ma sensu. Posłałam dziesiątki stron, nad którymi spędziłam godziny, w eter (no dobrze, mam poprzednią wersję na dysku), westchnęłam ciężko i zaczęłam wszystko przerabiać, zmieniać kolejność wydarzeń, okoliczności, od pewnego momentu również w sporym stopniu fabułę. Zrezygnowałam z czegoś, co wcześniej chciałam napisać, zdając sobie sprawę, że po prostu nie mam na to materiału i kontynuowanie tego będzie może miłą ciekawostką, ale nie czymś, co powinno funkcjonować samodzielnie i zasłużyć na tysiące poświęconych bitów. Czułam się głupio wobec moich czytelników, którzy znali poprzednią wersję, którym musiałam powiedzieć „nie, nie dokończę tego w tej formie, przeczytajcie lepiej od początku to, co już w sporej części znacie”, którym pewnie ta poprzednia wersja miała rzutować na odbiór nowej. Sama niespecjalnie miałam ochotę to robić, to jednak było sporo pracy – i to spadającej na mnie w gorącym okresie na studiach – poza tym moi bohaterowie już mnie na tym etapie trochę nużyli i męczyli i miałam wrażenie, że jeśli jeszcze parę razy przeczytam to opowiadanie, to będę je znała na pamięć… ale chciałam coś porządnie zakończyć, chciałam oddać czytelnikom coś dopracowanego przynajmniej na tyle, na ile mnie w tej chwili było stać, chciałam, żeby coś, co piszę – nawet jeśli wiedziałam, że to tylko pierwszy przystanek w pisaniu, że jeszcze wiele się nauczę, dojrzeję, przybędzie mi lat i doświadczeń, że będę wtedy pewnie tworzyć znacznie lepiej (choć przecież gdybym nie pracowała nad poprawą, mogłabym się zatrzymać w miejscu i choćby z tego względu było warto), do czego się w jakimś stopniu przywiązałam – żeby było dobre. Spotkałam się z zarzutami, że traktowanie poważnie internetowych opek jest brakiem dystansu do swoich dzieł, ale myślę, że nie ma nic złego w traktowaniu każdej pasji, nawet niezobowiązującej, jednej z wielu rozrywek, z ambicją. Byle nie zacząć widzieć w sobie AutorKasi czy drugiego Joyce’a albo trzeciego Prousta.
Wracając do pytania – to nie znaczy, że drugie opowiadanie piszę z jakimś określonym starannie planem. Ale mam rozplanowane najważniejsze wydarzenia i przewiduję, że zajmą mi sensowną objętość. I chociaż wyobrażam sobie trochę rzeczy, które staną się po zakończeniu, to wiem, że nie warto dopisywać dziesiątek i setek stron tylko po to, żeby wspomnieć o tych paru zdarzeniach. Chociaż no, w przypadku pierwszego opka to było więcej niż parę.
Nawet jeśli uzbiera się ich wystarczająco dużo, by zapełnić drugi tom?
Wtedy – oczywiście. Ale obecnie nie przewiduję, żeby się uzbierało.
Wspomniałaś, że masz tylko mgliście opracowaną fabułę opowiadań. Czy to dobra taktyka? Jak wobec tego wygląda twój proces twórczy?
Wiem, jak się skończą moje opowiadania, i jakie będą w nich najważniejsze wydarzenia, to mi wystarcza. Nie umiem planować czegoś w najdrobniejszych szczegółach, nie bawi mnie to. Siadam do pisania, wiedząc mniej więcej, co powinnam teraz poruszyć, ale dopiero kiedy uderzam palcami w klawiaturę, na myśl przychodzą mi konkretne zdania, sceny, żarty, rozwój postaci (no oczywiście oprócz tego, co wymyślam przed snem, ale z reguły zapominam i nie zapisuję; tyle scen i dialogów, które mi się podobały, przez to przepadło...). Lubię tę nieprzewidywalność własnego mózgu, nie lubię odwzorowywania czegoś już wymyślonego. I dzięki temu mogę zwracać uwagę na oczekiwania innych, przejmować pomysły, które poddadzą mi lub wymyślę sama, na bieżąco korygować niedoskonałości, brać pod uwagę zdanie czytelników – moje opowiadania wyglądałyby zupełnie inaczej, gdybym nie czytała i nie zastanawiała się nad komentarzami. Dlatego też jestem naprawdę wdzięczna moim czytelnikom.
Nigdy nie piszę też zbytnio chronologicznie – biorę się za scenę, która akurat mi przyjdzie do głowy, na którą mam nastrój. Czasem jest z tego samego rozdziału, czasem z zupełnie innej części opowiadania (choć staram się nie wybiegać za daleko w przyszłość, bo nie wiem, czy coś, co w międzyczasie napiszę, nie zmieni mi koncepcji). Później sklejam je w całość. Mam dwa pliki, jeden jest roboczy, z takimi urywkami, i ma zwykle około kilkunastu stron, kiedy skończę pisać i sklejać cały rozdział, wycinam go i wklejam do drugiego pliku, z porządnie ułożoną całością.
Taktyka w moim przypadku się sprawdza, natomiast każdy ma metodę twórczą, która mu najbardziej odpowiada, byle efekt był dobry, sposób jest nieistotny.
Jak podchodzisz do krytyki? Czy spotkały cię przykre sytuacje?
Nie, nie przypominam sobie takich w związku z opowiadaniami. Generalnie dość rzadko moi czytelnicy wypowiadają się dłużej o wadach tekstu (czego trochę żałuję…). Jak podchodzę, jeśli już to się zdarza? Myślę, że neutralnie. Sporo tych wad widzę – zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu, przy którym się „rozpisywałam”, myślę, że mogę je z perspektywy czasu nazwać moim pierwszym poważniejszym dziełem, i które miało na początku inne założenia; oczywiście poprawiałam je w miarę na bieżąco, ale bezustannie rozwijam warsztat i dziś bym uniknęła pewnych rzeczy, pisanie od początku to jednak co innego niż poprawki – więc trudno, żebym toczyła pianę o coś, z czym się zgadzam. A jeśli się nie zgadzam, to po prostu z tym dyskutuję – jeśli jest z czym, bo z czysto subiektywnymi odczuciami nie zawsze się da.
Tak więc raczej dostaję opinie niż stricte krytykę. I uwielbiam je – niektóre mnie bawią (w dobrym znaczeniu), niektóre bardzo się przydają. Bo siadam do pisania z bardzo mglistym zarysem fabuły i często komentarze czytelników wyznaczają mi kierunek, w którym idę.
Oczywiście zdarzają się też takie, po których nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, czy pooglądać sobie śmieszne koty w internecie, ale to raczej rzadko.
Zdarza ci się mimo tego spojrzeć z góry na koleżanki po piórze, które wprost pytają czytelników o ich oczekiwania?
Hm… to zależy, o co pytasz. Jeśli ktoś robi ankietkę „co powinno być w następnym rozdziale” albo „z kim powinien być A”, „powiedzcie, co mam pisać, bo nie wiem”, to się trochę podśmiechuję. Jeśli ktoś bada target, bo chce napisać coś dobrze sprzedającego się, ale przy tym dobrego, to co w tym złego.
Czy studia pomogły ci w rozwijaniu pasji pisania?
Ojej, nie! Jeśli ktoś chce iść na studia polonistyczne, żeby rozwijać się pisarsko, to robi absolutną głupotę. To znaczy, ja polonistykę już skończyłam, obecnie studiuję informację naukową i bibliotekoznawstwo, które, choć powoli zdążyłam polubić, wciąż jeszcze czasami mnie nudzą (choć to pewnie przez wybór specjalizacji), ale tęsknię za polonistyką i zakładam, że rozmawiamy o niej. My nie uczymy się pisać na polonistyce. Czytamy tony lektur, i to rzadko nowych, raczej klasyki, za którą wielu nie przepada, uczymy się różnych dziwnych rzeczy, oczywiście też gramatyki, teorii literatury – i tak, to ostatnie zwłaszcza może pomóc w kształtowaniu własnego tekstu, ale nie wiem, czy rozwinąć pasję. Równie dobrze może ją zabić. To kwestia indywidualnych predyspozycji, tego, co się lubi, co chce się ze studiów wyciągnąć.
I ja nie studiowałam edytorstwa dlatego, że chciałam pisać. Pewnie, robiłam jakieś próby wcześniej, może gdzieś pamiętałam dziecięce marzenia o byciu sławną i bogatą pisarką, ale wróciłam do pisania – i zaczęłam robić to poważniej – na drugim roku studiów i właściwie przez przypadek. Ja po prostu zawsze kochałam język polski, od każdej strony, tak literackiej, jak językowej. Na wybór studiów zdecydowałam się o dziwo dopiero w drugiej klasie liceum, ale od dawna wiedziałam, że będzie to jakiś kierunek humanistyczny.
A co z betowaniem, redakcją, korektą?
Więcej nauczyłam się z Internetu niż ze studiów. Ale – nie pamiętam. Wiem, że o zapisie dialogów, o półpauzach, pauzach i dywizach, o przecinkach przy imiesłowach, o zapisie nazwisk przeczytałam w internecie, i że było to stosunkowo niedawno, ale nie mam pojęcia, gdzie i dlaczego. Studia dały mi mało, bo już to wszystko wiedziałam. Zresztą przyszłych polonistów bardzo mało się kształci pod kątem poprawnego pisania i po prostu mnie boli, kiedy widzę, jak piszą moi znajomi z roku. Przyszli nauczyciele, dziennikarze, redaktorzy – to oczywiście wersja bardzo optymistyczna, bo pewnie mało osób będzie pracować w zawodzie – robiący błędy ortograficzne na poziomie podstawówki. Jestem zdania, że egzaminem kwalifikującym na polonistykę powinno być porządne dyktando. (U nas było na zajęciach, na stylistyce bodajże. Za pierwszym razem zdała jedna osoba. Część poprawiała je na każdych zajęciach do końca semestru…).
Wracając do tematu – czy pomogło mi to rozwinąć pasję? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Uwielbiałam te studia, chociaż oczywiście zdarzało mi się na nie narzekać. Ja tę pasję miałam w sobie. Czy to one ją wydobyły, rozwinęły, czy zawsze była taka sama, czy pomógł mi w tym chociażby Internet – nie potrafię powiedzieć. Nie wiem. Na pewno pozwoliły mi się trochę dowiedzieć, może bardziej zanurzyć się w środowisko, ale to już inna sprawa.
Skoro nie rozwijanie pasji ani nie uzupełnianie informacji, co najbardziej podobało ci się na studiach?
Może tak: nie mogę powiedzieć, czy studia rozwinęły mi pasję, bo mogłam ją rozwinąć sama. Ale studia dały mi możliwość obcowania z nią. Samo to było świetne. No i oczywiście rozwinęłam swoją wiedzę (czego nie należy mylić z rozwijaniem pasji) – to nie tak, że niczego się na tych studiach nie dowiedziałam, chyba zostałam źle zrozumiana – absolutnie nie miałam intencji robić z siebie zblazowanego geniusza, bo po prostu w dziedzinie poprawności językowej były dla mnie nader mało rozwijające. Miałam też szczęście w przytłaczającej większości trafić na świetnych wykładowców.
A jeśli chodzi o studia rozumiane bardziej całościowo… Kraków. Kocham to miasto. To jest dla mnie paradoks – właśnie wtedy przechodziłam najgorszy okres w moim życiu, zdiagnozowano u mnie depresję, długo mi zajęło wyjście z niej, miałam sporo problemów osobistych i osobowościowych, nie zostawiłam tam nawet bliskich przyjaciół – a jednak wspominam te studia, czas spędzony w tym mieście, z ogromnym sentymentem i bardzo tęsknię.
Jak w porównaniu z Krakowem wypada Warszawa?
O nie, nie każ mi się narażać w tym odwiecznym sporze! Ja kocham Kraków. Do Warszawy byłam uprzedzona i dopiero uczę się ją lubić, co wychodzi mi mocno tak sobie – ale to nie tak, że nie doceniam. Ma piękne miejsca, ciekawych ludzi – po prostu Kraków to moje miasto. Nie lubię tych wiecznych wojen i sporów między różnymi miastami czy miastami i wsiami, dowartościowywania się, że przez przypadek urodziło się tu a nie gdzie indziej, są dogłębnie idiotyczne.
Nie odczuwasz więc też lokalnego patriotyzmu względem miejsca, w którym mieści się twój rodzinny dom?
Ja w ogóle nie jestem patriotką, choćby ze względu wspomnianego powyżej. Chociaż miewam przejawy lokalnej dumy. Ale to chyba płynie z potrzeby przynależności do czegoś, jakiejś grupy, z którą można się identyfikować, bo na poziomie racjonalnym do mnie to nie trafia. Jasne, że mam jakiś sentyment do miejsc mojego dzieciństwa, ale to nie jest równoznaczne z patriotyzmem.
No i irytuje mnie trochę traktowanie Bieszczad jako jakiegoś zupełnie dzikiego zakątka Polski, używanie tego w żartach. Poważnie, niedźwiedzie nie chodzą nam po ulicach, a internetu nie nosimy wiaderkami.
Wracając do twojej twórczości, pierwsza, ukończona już powieść, opowiada o kazirodczej miłości. Skąd potrzeba poruszania tak kontrowersyjnych tematów?
…zastanawiałam się nad uchyleniem się od wyznania prawdziwej i żenującej przyczyny…
Otóż przeczytałam kiedyś powieść o kazirodztwie. Powieść była tragicznie zła, ale byłam w takim stanie emocjonalnym, że temat i głupota tego dzieła wstrząsnęły mnie bardzo mocno i postanowiłam napisać własną. Przemówiły do mnie nieskończone pokłady tzw. tró tego pomysłu.
Podzielisz się tytułem tego wstrząsającego dzieła?
No nie wiem, czy nie powinien zaginąć w pomroce dziejów, ale były to „Kwiaty na poddaszu”. (Przy czym pierwsza część w porównaniu z drugą – albo piątą, prequelem, przy którym w połowie mózg odmówił mi kontynuowania zapoznawania się z tą treścią – jest jeszcze stosunkowo mało głupia i patologiczna… stosunkowo).
Czuję, że muszę się tym podzielić, a więc opowiem o, eee, fabule tego ksiopka.
Generalnie przeczytać jedną książkę tej autorki to jak przeczytać wszystkie. Główna bohaterka jest zawsze zakochana w swoim bracie, biologicznym albo przybranym, a jej ojciec nie jest jej ojcem. Jej ojcem jest jej dziadek albo stryj żony kuzynki ciotki wuja. Ponadto hirołinę zawsze ktoś gwałci i ma ona zainteresowania artystyczne, więc daje się przelecieć jakiemuś tancerzowi/reżyserowi/łotewer i ma z nim dziecko, które później jej brat bez słowa wychowuje.
A odnosząc się bezpośrednio do „Kwiatów na poddaszu”, to główna bohaterka jest najbardziej znienawidzoną przeze mnie postacią w dziejach literatury. Rozegzaltowana egoistyczna idiotka, by nie użyć słów powszechnie uznawanych za wulgarne.
UWAGA, SPOILERY
W każdym razie chodzi w tym ksiopku o to, że zła matka zamknęła dzieci na poddaszu. Albowiem wyszła za swojego przyrodniego wuja, to znaczy przyrodniego brata ojca, przez co ten ojciec był wściekły. No więc nie powiedziała mu, że ma dzieci, a jak jej mąż umarł, to wróciła do ojca, zamknęła dzieci na poddaszu i truła je pączkami z arszenikiem. Dzieci siedziały na tym poddaszu cztery lata i po trzech pomyślały, że może by wyjść. Dwójka starszych, Chris i Cathy, zdążyła mieć w tym czasie seksy (a właściwie to gwałt). Oczywiście jest też postać psychicznej babci (właściwie jedyną postacią w tym dziele, która rokuje jakiekolwiek nadzieje na wyjście z totalnego popaprania, jest Chris) i dużo różnych innych wstrząsających rzeczy.
W każdym razie te dzieci w końcu uciekają i tu się zaczyna druga część. Trafiają do czterdziestoletniego lekarza, który opowiada Cathy, jak to zgwałcił żonę, ale w sumie to on jest pokrzywdzony, bo ona miała jakąś traumę i nie chciała z nim uprawiać seksu, nie? Później Cathy, która ma wtedy piętnaście lat i jest ponad dwa razy młodsza od doktorka, idzie z nim do łóżka. W ogóle Cathy sypia, z kim popadnie, zakochuje się w niej każdy niezależnie od wieku i stopnia pokrewieństwa. Później ma dziecko ze swoim ojczymem… no i tradycyjnie dzieje się mnóstwo widowiskowych rzeczy, w tym pożar domu, romanse, dzieci, bezpłodności, choroba psychiczna matki (znaczy chyba… jeszcze większa), w które nie chcę się zagłębiać dla własnego zdrowia psychicznego.
Jakiś czas później coś bardzo złego mnie naszło i postanowiłam przeczytać prequel, o babce i dziadku Cathy i Chrisa. Jeśli sądziłam, że wcześniej mózg mi wypływał uszami, to się myliłam. Otóż w tej części się okazało, że ich ojciec, który był przyrodnim wujem matki, był tak naprawdę też jej przyrodnim bratem, ponieważ ich dziadek zgwałcił swoją macochę. A zgwałcił ją (i trzymał na poddaszu), ponieważ przypominała mu jego matkę. W tym momencie mój mózg odmówił dalszej współpracy i w połowie książki byłam zmuszona przerwać zapoznawanie się z tym fascynującym dziełem. Tak. Wspaniałe książki. *jestem pewna, że gdzieś tu miałam butelkę wybielacza…*
Co popycha cię do czytania tego typu tworów? O ile wiem, nie poprzestałaś na tej jednej książce i zapoznałaś się z resztą serii.
Nie wiem, co można by odpowiedzieć na takie pytanie… Masochizm? Lubię czasem zresetować sobie mózg, no i trzeba wiedzieć, co się krytykuje. W przypadku tych bardziej znanych dzieł to jeszcze chęć wiedzy, o czym wszyscy rozmawiają.
Jak pisałam wyżej, w całości przeczytałam pierwszą część, drugą po skosie, na trzecią i czwartą tylko rzuciłam okiem, żeby wyłowić ewentualne wstrząsające wydarzenia, piątą do połowy. Ale miałam jeszcze parę podejść do twórczości tej autorki (albo jej ghostwritera).
Jakie jeszcze lektury zaliczyłabyś do swoich guilty pleasure?
No, nie wiem, czy to powyższe można by nazwać pleasure, raczej nie. Lubiłam, kiedy naszedł mnie nagły zryw, czytać harlekiny z serii „Romans z szejkiem”, ale podczas przedostatniej sesji zimowej pochłonęłam wszystkie, i jeszcze te o księciach, nad czym ubolewam. Ogólnie jestem fanką tanich motywów – choć zwykle tylko w specyficznych dziełach (chociaż harlekiny to są głównie obrzydliwe, nie tanie, ze względu na niezmienny archetypiczny wizerunek buca-control freaka i bezwolnej idiotki). Kiedyś rechotałam serdecznie i zachwycałam się opisami… cóż, erotycznymi… w cyklu „Władcy Podziemi”, ale przy kolejnym czytaniu już mnie bardziej wkurzała potworna toksyczność przedstawionych tam związków.
Bardzo lubię „Sagę o Ludziach Lodu”, choć nie wiem, czy mogę to zaliczyć do guilty pleasure, bo absolutnie nie wstydzę się do tego przyznawać. No dobrze, do romansów o szejkach też nie miałam oporów, ale, jakby to… naprawdę nie uważam, że te książki – to znaczy SoLL, nie szejkowie – są złe. To po prostu urocze opeńka, które nie udają, że są ambitną literaturą. No dobrze, harlekiny też nie udają, ale harlekiny są toksyczne i wszystkie bite od jednej sztancy, w SoLL jest chociaż jakieś tło i coś się dzieje. Niestety jakieś dziesięć ostatnich tomów i kolejne sagi, zwłaszcza ta o Królestwie Światła, to już kompletny odjazd, nudy i/albo głupota, a w zakończeniu brakowało mi tylko kucyponków rzygających tęczą.
Wróćmy do twojej twórczości. Wiemy, że sprawdzanie realiów świata przedstawionego jest dla ciebie ważne, jak się za to zabierasz?
Huh… wrzucam w google słowa kluczowe? Nie jestem żadną specjalistką od epoki wiktoriańskiej, ale sądzę, że da się napisać powieść umiejscowioną w tamtych czasach – o ile to ludzie, nie tło, grają pierwsze skrzypce – na podstawie wiadomości ze szkoły, filmów, książek, otaczającej nas kultury, przyswojonej mimowolnie, i drobnego researchu. Tę pierwszą wiedzę mam, a poszukanie, jaka była moda w określonych latach, jak długo mógł jechać pociąg między punktem A i B czy jaki aktor mógł zagrać w sztuce w określonym czasie i miejscu nie jest szczególnie skomplikowane. Ponadto – lubię tamtą epokę, lubię poszerzać swoje horyzonty – i choć to już nie jest mi koniecznie niezbędne, chętnie czytam teksty z tego okresu czy opracowania na temat, w nadziei, że znajdę jakieś smaczki do wykorzystania, ale też dla przyjemności. A kiedy czegoś naprawdę nie wiem czy nie umiem znaleźć, po prostu z tego rezygnuję, to lepsze, niż palnąć bzdurę.
Co uważasz za najtrudniejszy element twórczej męki?
Hm, trudno wymienić mi coś wiodącego. Trudno jest mi pisać narracją personalną z perspektywy postaci, której „nie czuję” – aczkolwiek to właściwie tylko przypadek pierwszoplanowych, z innymi raczej nie mam takiego problemu, może dlatego, że są mi mniej bliskie. Oczywiście bardzo irytujący jest też brak weny i pomysłów na sensowne poprowadzenie/wątku i postaci… Cóż jeszcze... kiedy realia nie chcą się zgadzać z wizją twórczą – (nie)stety nie umiem sobie wyrobić podejścia, że w takim razie tym gorzej dla nich i muszę kombinować, jak to obejść. Ale jakiejś głównej irytacji chyba nie mam.
A, przypomniałam sobie! Powtórzenia. Nie znoszę wynajdywania coraz bardziej odrealnionych synonimów czy zmiany konstrukcji zdań, które są dobre w aktualnym brzmieniu, tylko po to, żeby obejść powtórzenia. I podmioty, też się wiążące z powtórzeniami, bo trzeba je wpychać, żeby nie było ewentualnej niejasności.
I wymyślanie tytułów. Jestem upośledzona w tym względzie i wymyślanie tytułu jest dla mnie drogą przez mękę.
Wspomniałaś o kłopotach z narracją. Jedno z twoich opowiadań wykorzystuje narrację pierwszo-, drugie trzecioosobową. Którą z nich uważasz za łatwiejszą?
Mnie lepiej się pisze przy wykorzystaniu trzecioosobowej. Wybór pierwszoosobowej do pierwszego dzieła był, cóż, przypadkiem (aż boleśnie zdawać sobie sprawę, jak przypadkowe było to opowiadanie) i konsekwencją inspiracji. Co nie znaczy, że tego specjalnie żałuję. Obie formy mają swoje wady i zalety. Dla mnie ważne jest poczucie więzi (nie tyle identyfikacji, bo wysoki stopień identyfikacji niekoniecznie jest dobry, raczej jakiegoś zrozumienia motywów i działań) z istotnymi bohaterami, a narracja pierwszoosobowa umożliwia to jak żadna inna. Jest najbardziej osobista, podoba mi się w niej to. Żałuję jednego, bo wiem, że znacznie lepiej mogłabym nakreślić jedną z najważniejszych postaci, która obecnie jest dość nijaka, gdybym posługiwała się narracją trzecioosobową (ale z innych postaci jestem generalnie zadowolona, więc to też w dużej mierze problem konstrukcji bohatera… no i bohaterki, przez której odbiór jest przefiltrowany), pokazać rozmaite odczucia i punkty widzenia, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie to nie rozwinęło w jakiś sposób. Później zaczęłam pisać narracją trzecioosobową… i w końcu – bo to moje pierwsze długie i poważniejsze (chociaż oczywiście zawsze, kiedy coś pisałam, wydawało mi się to poważne, im młodsza byłam, tym bardziej, więc może za parę lat zmienię zdanie) dzieła, z których mogę wyciągać wnioski – mogę powiedzieć, że mimo wszystko wolę się nią posługiwać. Daje możliwość przedstawiania najrozmaitszych punktów widzenia, o wiele zgrabniejszego przeskakiwania nieistotnych zdarzeń i niepotrzebnych dłużyzn niż pierwszoosobowa. A co do bliskości bohaterom… cóż, nie jest taka, jak w narracji pierwszoosobowej, ale wciąż może być duża. Moja narracja jest zawsze bardzo silnie spersonalizowana, wykorzystuje dużo mowy pozornie zależnej, bardzo rzadko pojawia się u mnie narrator w pełni obiektywny, bezstronnie rejestrujący wydarzenia.
Czy uważasz ocenialnie za przydatne dla początkujących autorów?
No… to zależy. Przede wszystkim od tego, jakie to ocenialnie. Zdarzają się, wiadomo, takie, które poprawiają z dobrego na złe i wypisują nieistotne farmazony, mogą tym zaszkodzić, jeśli ktoś jest bardzo początkujący i nie potrafi zweryfikować pewnych informacji i przekazów. Ale zakładam, że rozmawiamy o dobrych. Tak, czemu nie. Oczywiście trzeba umieć spojrzeć na to krytycznie, jak na wszystko, ale można dostać sporo pomocnych rad, a w ostateczności po prostu opinię potencjalnego czytelnika, która też jest przydatna.
Ja wielu zasad pisowni czy potencjalnych błędów do unikania w opowiadaniach nauczyłam się może niekoniecznie dzięki ocenialniom, ale Internetowi właśnie, a nie książkom czy studiom (choć imo czytanie jest niezbędne, żeby dobrze pisać).
Czy zastanawiasz się czasem nad pójściem o krok dalej i wysłaniem swoich prac do wydawnictwa?
Moje aktualne prace traktują o niekoniecznie sprzedających się rzeczach i nie sądzę, żeby było dobrym pomysłem nimi debiutować. Mam kilka niezbyt sprecyzowanych planów pisarskich na przyszłość i bardzo możliwe, że kiedyś spróbuję, jednak to stosunkowo odległa perspektywa. Nie mam parcia, żeby tylko ujrzeć swoje nazwisko w druku, bo gdyby tak było, już bym rozsyłała swoje prace, wiedząc, że jeśli zostaną odrzucone, zawsze zostaje mi self-pub. Gdybym jednak miała zamiar coś oddać czytelnikom, chciałabym, żeby po pierwsze było to możliwie maksymalnie dopracowane (a przede mną jeszcze dużo doświadczenia życiowego i pisarskiego), po drugie wiedzieć, że będzie mieć szanse na dotarcie do sporej grupy ludzi, a nie tylko się kurzyć na półkach.
Generalnie nie jestem przekonana, czy chciałabym debiutować na polskim rynku. Jest bardzo płytki i nieniosący szans na pójście dalej. Na anglojęzycznym jest może większa konkurencja, ale też większe możliwości przebicia się. Niemniej w takim przypadku trudności na starcie znacznie rosną.
Ale to trzeba traktować w kategoriach hobby, zajęcia dodatkowego. Trudno jest zostać pisarzem, a bardzo trudno jest zostać pisarzem dobrze sprzedającym się. Niewielki promil jest w stanie się z tego przyzwoicie utrzymać, nie chałturząc bezustannie masówki.
Wspomniałaś o wydawnictwach typu self-pub. Co o nich sądzisz?
Jakby to… Może tak: być może idea nie jest z gruntu zła. Natomiast w obecnych realiach praktyka wygląda wprost koszmarnie. Wydawnictwa selfpublishingowe w Polsce są nastawione głównie na zysk. Nie robią w ogóle reklamy, często książki można zamówić tylko przez internet. Wykonują bardzo wątpliwej jakości redakcję i korektę. Proponują krzywdzące dla autorów umowy, korzystając z faktu, że najwyraźniej dla niektórych ujrzenie swego nazwiska w druku warte jest wielu poświeceń. Niemal zupełnie nie przeprowadzają selekcji nadsyłanych dzieł. Często przez internet przetaczają się afery związane z takimi wydawnictwami, pewnie niejednemu obiło się to o uszy – te oficyny nie potrafią więc nawet zadbać o dobry pijar czy wykonywać pracę na tyle porządnie, żeby nie dochodziło do takich sytuacji.
Polecam ten tekst, można się dzięki niemu rozeznać, jak sytuacja takich firm i wannabe pisarzy wygląda.
Poza tym wielu osobom wydawnictwa self-pub nieprzyjemnie kojarzą się z dziełami, których nie chciano nigdzie indziej. Generalnie sytuacja na polskim rynku wydawniczym jest dość dramatyczna, ale uważam, że jeśli tekst jest wystarczająco dobry, w końcu znajdzie wydawcę na uczciwych warunkach – tyle że może to kosztować miesiące czy lata czekania, mnóstwo odmownych odpowiedzi, irytacji i łez, w przeciwieństwie do dość łatwego w porównaniu self-pubu. Ale pisanie to jest bardzo niewdzięczna praca i trzeba się tego spodziewać.
Czego szukasz w literaturze?
Tak najbardziej bezpośrednio to rozrywki. Poszerzenia horyzontów, życia innymi życiami, rozwinięcia wyobraźni i słownictwa… A jeśli zastanowić się, co powinna mieć powieść, żeby mi zapadła w serce… to bardzo trudne pytanie. Czytam właściwie wszystko, tylko paru gatunków serdecznie nie cierpię, i nie mam żadnych określonych kryteriów co do tego, co mi się spodoba. Gdybym musiała jednak wymienić to, co w pierwszej chwili przychodzi mi do głowy, to powieść powinna być wciągająca i powinna mnie poruszyć. Zaangażowanie emocjonalne to dla mnie najbardziej podstawowy warunek. Potem byłoby chyba piękno języka, jasność formułowania myśli (nie znoszę sztucznej głębi i mistycyzmu, tak dobrze się ostatnio sprzedających)… no, sporo by się znalazło, ale niekoniecznie już wiodących kwestii.
Ale przecież literatura to nie tylko powieści. Bardzo lubię też książki popularnonaukowe, uwielbiam Thorwalda czy Brysona – czyta się to jak dobrą powieść sensacyjną. Szalenie lubię dowiadywać się nowych, interesujących rzeczy na jakikolwiek temat i choćby dlatego bardzo cenię sobie dobrze napisane takowe publikacje. Jest dla mnie wtedy zupełnie nieistotne, czy autor zajmuje się medycyną, fizyką, geologią, czy historią zwykłych i niezwykłych ludzi – to wszystko jest ogromnie fascynujące. Mnie świat wydaje się tak niewiarygodnie ciekawy i cudowny, a jest tak mało czasu, żeby zapoznać się choćby z niewielką jego częścią – dlatego wdzięczna jestem autorom, którzy mi to umożliwiają.
A jakie są wobec tego twoje ulubione książki?
„Przeminęło z wiatrem”, „Wichrowe Wzgórza”, „Na wschód od Edenu”, „Nędznicy”. Ze współczesnej literatury szalenie lubię cykl o Niecnych Dżentelmenach Scotta Lyncha i „Opowieści sieroty” Catherynne M. Valente. Z polskiej Brzezińska, zwłaszcza „Wody głębokie jak niebo”, i Dehnel. I, ojej, prawie zapomniałam o Pratchecie.
A co myślisz o listach bestsellerów? Jesteś na bieżąco?
Od kiedy kupiłam sobie czytnik, w miarę je nadrobiłam (chociaż wciąż się dziwię, kiedy na listach bestsellerów odkrywam popularnych ponoć autorów, o których nigdy nie słyszałam). I za każdym razem stwierdzam, że bardzo ich nie rozumiem. Jestem w stanie zrozumieć jakieś kiepskie romanse paranormalne… nie podzielam, ale powiedzmy, że pojmuję mechanizm. Ale czemu triumfy święcą te a nie inne powieści kryminalne, awanturniczne, eee… mistyczne, kiedy w ich gatunkach jest od nich wiele lepszych – nie wiem. Większość pozycji ze szczytów list bestsellerów mnie bardzo rozczarowuje. Mogę tylko powtórzyć słowa Jo Nesbø: „To zagadnienie szczególnie intrygujące, czyli jak to się dzieje, że dana powieść staje się światowym bestsellerem. I tu możemy zakończyć te dywagacje, bo nikt tego nie wie. Największym marzeniem każdego pisarza i wydawcy jest zrozumienie, dlaczego coś nagle sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Niestety, ta wiedza wciąż pozostaje nieuchwytna. Mechanizm sukcesu jest irracjonalny. Dlaczego nagle świat oszalał na punkcie Dana Browna? I niech mi pan nie mówi, że ludzie kochają teorie spiskowe, a Brown to wyczuł. Moglibyśmy wymienić co najmniej dziesięć powieści o spiskach i religii lepszych od ‹‹Kodu Leonarda da Vinci››, a to jednak nie one stały się bestsellerem, lecz powieść Browna. To samo tyczy się Larssona, Johna Grishama i innych. Po prostu raz na jakiś czas działa dziwny mechanizm, który sprawia, że dana powieść podbija cały świat”.
Wolisz książki papierowe czy ebooki?
Zacznijmy od tego, że długo broniłam się przed kupnem czytnika, bo uważałam, że meh, po co mi to, papierowe książki fajniejsze – ostatecznie zrobiłam to, bo przeraziłam się, że angielski mi umiera i stwierdziłam, że muszę czytać w tym języku, a papierowe książki w lengłydżu są trudno dostępne i/lub drogie. Cóż, kiedy już dokonałam zakupu, okazało się, że po angielsku nie czytam prawie wcale, za to w końcu nadrobiłam zaległości z wszystkich książek, które chciałam przeczytać, ale nie było ich w moich bibliotekach, miały długi okres oczekiwania, nie chciało mi się po nie daleko chodzić itede, itepe. Uznałam czytnik za naprawdę świetny i bardzo wygodny wynalazek – można zabrać ze sobą w podróż setki książek w leciutkim urządzeniu i nie będą się one niszczyć. Ale wciąż mam sentyment do papierowych książek i moje ulubione chciałabym mieć właśnie w takiej postaci – z ładną okładką, kartkami do przewracania, móc ich dotknąć, powąchać… Cóż, jestem trochę taką forsyte’owską posiadaczką. Żyjemy w czasach błyskawicznego rozwoju technologii i to jest absolutnie fantastyczne, ale wbrew niektórym prognozom, mam nadzieję, że ebooki nie wyprą papierowych książek, ale obie formy będą obok siebie współistnieć. Obie mają swoje zalety.
Czy czytasz inne blogowe opowiadania? Jeśli tak, które mogłabyś polecić i dlaczego?
Czytam bardzo niewiele, bo w blogosferze naprawdę dobrych, wśród tych tysięcy, jest jak na lekarstwo, a jeszcze mniej mnie interesujących. Dodatkowo ja naprawdę nie mam szczęścia do autorów piszących regularnie i konsekwentnie. Zrobiłam przegląd opowiadań, na które zaglądam, i cóż... Czwarte Insygnium i Opowiedz mi więcej As-t-modeusz mają zostać zamknięte, Origin of love i Zachód jest niebieski Caroliny zawieszone i mające wystartować od początku, Serce ognia Andzi zawieszone, na Bogini Aeis Royal Bee wpisy ostatnio raz na pół roku.
Czy odczuwasz jakiś niedosyt względem opowiadań występujących w blogosferze?
Biorąc pod uwagę, jak niewiele poleciłam na te wszystkie tysiące, to zdecydowanie. Przede wszystkim boli mnie brak różnorodności. Nie zrozum mnie źle – ja lubię tanie klisze, nie wymagam przełomowych rozwiązań – może być nieoryginalnie, byle było napisane ciekawie i przyzwoicie, teraz trudno znaleźć coś nieogranego. Zresztą oryginalność to jest stosunkowo nowy koncept, dopiero z epoki romantyzmu. Problem nawet nie tyle w ujęciu tematu, co w samych tematach. Jakieś 90% opek w blogosferze to fantasy albo fanfiki. Nie mam nic przeciw tym gatunkom, są w porządku, ale ileż można? Męczy mnie ta dominacja fantasy na rynku. Tak, fantasy jest ok, i rozumiem, że po prostu ludzie mają takie gusta, rozumiem też, że chcą dalej obcować ze swoimi ulubionymi postaciami, tyle że dla tego po prostu nie ma konkurencji i inne targety są ignorowane. No, jest jeszcze trochę obyczaju, zazwyczaj głównie romansowego, w blogosferze zwykle spod szyldu „spotkanie z ulubioną sławą”, czasem się trafi jakiś wannabe kryminał… ale ciężko wyłowić z tego coś dobrego. Bardzo chętnie poczytałabym jakieś dobre opowiadanie historyczne… czy choćby obyczajowe albo kryminalne, naprawdę lubię te gatunki, ale kiedy samych dobrych opowiadań jest jak na lekarstwo, jak znaleźć wśród nich jeszcze coś na tyle mało popularnego! Cóż, zapewne autorzy przyzwoitych tworów na te tematy wolą od razu uderzać do wydawnictw.
Serdecznie dziękuję za rozmowę!
środa, 25 marca 2015
One hit wonder i klątwa pisarza
Disclaimer: Artykuł zawiera moje osobiste poglądy. Jeśli przytaczam czyjeś inne, odsyłam do źródła.
Właśnie zadebiutowałeś w poważnym wydawnictwie, a twoja książka jest sukcesem. Puchniesz z dumy, uważając się za pełnoprawnego pisarza, bez wahania podpisujesz kontrakty na kolejne pozycje. Piszesz jedną za drugą, ale okazuje się, że żadna nie jest w stanie dorównać twojemu debiutowi. Czyżby twoje pierwsze dzieło było zarazem tym najlepszym? Co się stało?
Wielu twórców dopada klątwa one hit wonder, zwłaszcza widać to w branży muzycznej. Umiesz zanucić Tubthumping nawet przez sen, ale czy pamiętasz, jak nazywa się twórca tej piosenki? Masz jego płytę? Jesteś w stanie określić, czy utwór należy do zespołu, czy do wokalisty? Jakim sposobem ktoś, kto stworzył taki genialny przebój, nie był w stanie powtórzyć swojego sukcesu?
Jak zwykle, to złożona kwestia. Często autor pucował swoje pierwsze dzieło latami, wzbogacając je o kolejne szczegóły, czytając je wciąż ponownie, usuwając nieścisłości. Prosił o opinię znajomych i przyjaciół, którzy wytykali mu błędy. Koniec końców zaniósł do wydawnictwa twór dogłębnie przemyślany i dopracowany. Po entuzjastycznym przyjęciu takiego dzieła publiczność zwykle chce więcej, a wydawnictwo podsuwa kontrakt zobowiązujący twórcę do wydania kolejnej pozycji w ciągu roku -dwóch. Nie każdy potrafi jednak dostarczyć pełnowartościowy produkt w tak krótkim czasie, mimo wsparcia w postaci profesjonalnej korekty i redakcji. Zazwyczaj jednak publika z rozpędu kupuje towar, a pisarz dochodzi do wniosku, że skoro ludzie kupują, to widocznie on pisze dobrze i nie musi spędzać dekady nad każdą swoją książką. Nowo nabyta pewność siebie, presja czasu i ostatnie soki wyciskane z kreatywności (czy da się wpadać co roku na genialne rozwiązania fabularne?) skutkują często coraz większym spadkiem formy.
Czasem jednak klątwa spadku formy dopada uznanych autorów, którzy od lat wydają sagi seriami. Wymieniłabym tu Joannę Chmielewską, Małgorzatę Musierowicz, Terry'ego Pratchetta czy Margit Sandemo. Myślę, że to o tyle ciekawe zjawisko, że powszechnie mówi się nam, że praktyka czyni mistrza, często cytując słowa Malcoma Gladwella, że można stać się ekspertem na dowolnym polu, jeśli poświęci się ćwiczeniom dziesięć tysięcy godzin. Przytoczeni wyżej autorzy prawdopodobnie poświęcili pisarstwu zdecydowanie więcej czasu, a jednak ich twory z czasem traciły na jakości, zamiast się ulepszać. Dlaczego?
Myślę, że również i w tym wypadku nachodzi na siebie kilka przyczyn. Po pierwsze, dla pisarza, tak jak i dla malarza, zmysł obserwacji jest ważny jak powietrze, którym oddychają. Twórca nasiąka ludźmi, wśród których się obraca, ich historiami, ich charakterami, po czym ekstrahuje zdobyte informacje do swoich tekstów. Jeśli autor zrezygnował z innej niż pisanie pracy zarobkowej, odcina się od sporej części tych doświadczeń, obracając się wśród komfortowej grupy rodziny i znajomych. Owszem, zapewne autor, promując książki, jeździ po świecie i spotyka się z fanami, ale są to doświadczenia płytkie, powierzchowne – bo ileż można wyciągnąć z kilkugodzinnego spotkania? – i jednokierunkowe – najczęściej polegające na odbieraniu hołdów.
Sądzę, że jest to dość widoczne w książkach Chmielewskiej – najlepsze jej książki powstały albo odnosiły się do czasów, w których pracowała w biurze architektonicznym. Miała wtedy bezpośredni kontakt z plejadą różnych charakterów i ludzkich dramatów, umiała to skutecznie wykorzystać w swoich powieściach. Niestety, gdy zabrakło tych bodźców, postacie przez nią kreowane stawały się stopniowo coraz bardziej oddalone od rzeczywistości.
Podobny zarzut można postawić Musierowicz. Upiera się ona przy pisaniu o nastolatkach, bo robi to od lat i zyskała sobie stałą grupę czytelników domagających się odgrzewania wciąż tego samego kotleta. Kiedyś autorka mogła bazować swe postacie na własnym życiu i własnych dzieciach, przez co jej książki były bardzo autentyczne. Obecnie trudno się oprzeć wrażeniu, że autorka czerpie swoje informacje o młodzieży z trzeciej ręki, jakiegoś mało życzliwego młodym ludziom źródła.
My, publiczność, nie jesteśmy tu jednak bez winy. Mamy negatywny wpływ na autorów, żądając od nich powtarzania apiać od nowa sprawdzonych schematów. Uderza to w pisarzy, uderza w scenariusze seriali. Jest oglądalność? No to nakręćmy jeszcze trzy sezony, mimo że materiał na logiczną fabułę skończył się parę odcinków temu. Odbiorcy często bardzo źle podchodzą do eksperymentów, co widać było choćby po reakcji na zmianę repertuaru Agnieszki Chylińskiej – wiele osób jej przejście od rocka do popu odebrało jako osobistą zniewagę. A przecież artysta, który nie poszukuje, który kopiuje sam siebie, umiera. Kreatywność potrzebuje stałej pożywki, wiecznie nowych wyzwań.
Co jeszcze? Brak dostępu do konstruktywnej krytyki. Książki Małgorzaty Musierowicz sprawdza przed drukiem jej własna córka. Czy jest w stanie odnieść się krytycznie do dzieł własnej matki? Czy umie wyrazić bezkompromisowo swoje wątpliwości? Czy jej uwagi są brane na poważnie? Czy wreszcie potrafi spojrzeć na te teksty z dystansem, jak obca osoba, mimo że od dziecka nasiąkała tymi samymi informacjami, co matka? Niestety, czytając ostatnie dzieła pani Musierowicz, można mieć spore wątpliwości. Wiadomo powszechnie, że na stronie poświęconej autorce działa moderator, który usuwa wszelkie niemiłe, negatywne uwagi. Skąd jednak autorka może wiedzieć, że coś wymaga poprawy, jeśli te informacje są przed nią – na jej wyraźne życzenie – chowane? Wiara we własną nieomylność często jest pierwszym krokiem do upadku.
W dobie zalewu informacji bardzo trudno jest się rozeznać w jakości odbieranego feedbacku. Jeśli uznany autor odbierze tysiąc listów, trudno będzie mu ocenić, który z nich zawiera istotne dla niego informacje. Nie ma jednego schematu postępowania – niektórzy autorzy odcinają się zupełnie od wszelkiej krytyki, podczas gdy inni proszą swoich asystentów o odfiltrowanie pożytecznych informacji.
W przypadku pani Sandemo zachodzi jeszcze inne zjawisko – wypalenie. Oczywiście, nie siedzę w jej głowie i mogę jedynie snuć dywagacje, ale trudno mi dojść do innych wniosków, gdy obiecująco zapowiadająca się Saga o Ludziach Lodu kończy się w sposób tak bardzo odrealniony, że wręcz absurdalny. Owszem, od samego początku w opowieści przewijają się elementy nadnaturalne, ale w ostatnich tomach ich natężenie i pomieszanie zaczyna czytelnika wręcz ogłuszać.
Niezależnie od tego, czy jest się debiutantem, czy uznanym autorem, nie można tracić czujności i osiadać na laurach. Ani przez moment nie można sobie pozwolić na wiarę we własną, niezbywalną wielkość czy nieomylność, ale w zamian bezustannie testować w głowie swoje pomysły: Czy mają sens? Czy są wiarygodne?
Właśnie zadebiutowałeś w poważnym wydawnictwie, a twoja książka jest sukcesem. Puchniesz z dumy, uważając się za pełnoprawnego pisarza, bez wahania podpisujesz kontrakty na kolejne pozycje. Piszesz jedną za drugą, ale okazuje się, że żadna nie jest w stanie dorównać twojemu debiutowi. Czyżby twoje pierwsze dzieło było zarazem tym najlepszym? Co się stało?
Wielu twórców dopada klątwa one hit wonder, zwłaszcza widać to w branży muzycznej. Umiesz zanucić Tubthumping nawet przez sen, ale czy pamiętasz, jak nazywa się twórca tej piosenki? Masz jego płytę? Jesteś w stanie określić, czy utwór należy do zespołu, czy do wokalisty? Jakim sposobem ktoś, kto stworzył taki genialny przebój, nie był w stanie powtórzyć swojego sukcesu?
Jak zwykle, to złożona kwestia. Często autor pucował swoje pierwsze dzieło latami, wzbogacając je o kolejne szczegóły, czytając je wciąż ponownie, usuwając nieścisłości. Prosił o opinię znajomych i przyjaciół, którzy wytykali mu błędy. Koniec końców zaniósł do wydawnictwa twór dogłębnie przemyślany i dopracowany. Po entuzjastycznym przyjęciu takiego dzieła publiczność zwykle chce więcej, a wydawnictwo podsuwa kontrakt zobowiązujący twórcę do wydania kolejnej pozycji w ciągu roku -dwóch. Nie każdy potrafi jednak dostarczyć pełnowartościowy produkt w tak krótkim czasie, mimo wsparcia w postaci profesjonalnej korekty i redakcji. Zazwyczaj jednak publika z rozpędu kupuje towar, a pisarz dochodzi do wniosku, że skoro ludzie kupują, to widocznie on pisze dobrze i nie musi spędzać dekady nad każdą swoją książką. Nowo nabyta pewność siebie, presja czasu i ostatnie soki wyciskane z kreatywności (czy da się wpadać co roku na genialne rozwiązania fabularne?) skutkują często coraz większym spadkiem formy.
Czasem jednak klątwa spadku formy dopada uznanych autorów, którzy od lat wydają sagi seriami. Wymieniłabym tu Joannę Chmielewską, Małgorzatę Musierowicz, Terry'ego Pratchetta czy Margit Sandemo. Myślę, że to o tyle ciekawe zjawisko, że powszechnie mówi się nam, że praktyka czyni mistrza, często cytując słowa Malcoma Gladwella, że można stać się ekspertem na dowolnym polu, jeśli poświęci się ćwiczeniom dziesięć tysięcy godzin. Przytoczeni wyżej autorzy prawdopodobnie poświęcili pisarstwu zdecydowanie więcej czasu, a jednak ich twory z czasem traciły na jakości, zamiast się ulepszać. Dlaczego?
Myślę, że również i w tym wypadku nachodzi na siebie kilka przyczyn. Po pierwsze, dla pisarza, tak jak i dla malarza, zmysł obserwacji jest ważny jak powietrze, którym oddychają. Twórca nasiąka ludźmi, wśród których się obraca, ich historiami, ich charakterami, po czym ekstrahuje zdobyte informacje do swoich tekstów. Jeśli autor zrezygnował z innej niż pisanie pracy zarobkowej, odcina się od sporej części tych doświadczeń, obracając się wśród komfortowej grupy rodziny i znajomych. Owszem, zapewne autor, promując książki, jeździ po świecie i spotyka się z fanami, ale są to doświadczenia płytkie, powierzchowne – bo ileż można wyciągnąć z kilkugodzinnego spotkania? – i jednokierunkowe – najczęściej polegające na odbieraniu hołdów.
Sądzę, że jest to dość widoczne w książkach Chmielewskiej – najlepsze jej książki powstały albo odnosiły się do czasów, w których pracowała w biurze architektonicznym. Miała wtedy bezpośredni kontakt z plejadą różnych charakterów i ludzkich dramatów, umiała to skutecznie wykorzystać w swoich powieściach. Niestety, gdy zabrakło tych bodźców, postacie przez nią kreowane stawały się stopniowo coraz bardziej oddalone od rzeczywistości.
Podobny zarzut można postawić Musierowicz. Upiera się ona przy pisaniu o nastolatkach, bo robi to od lat i zyskała sobie stałą grupę czytelników domagających się odgrzewania wciąż tego samego kotleta. Kiedyś autorka mogła bazować swe postacie na własnym życiu i własnych dzieciach, przez co jej książki były bardzo autentyczne. Obecnie trudno się oprzeć wrażeniu, że autorka czerpie swoje informacje o młodzieży z trzeciej ręki, jakiegoś mało życzliwego młodym ludziom źródła.
My, publiczność, nie jesteśmy tu jednak bez winy. Mamy negatywny wpływ na autorów, żądając od nich powtarzania apiać od nowa sprawdzonych schematów. Uderza to w pisarzy, uderza w scenariusze seriali. Jest oglądalność? No to nakręćmy jeszcze trzy sezony, mimo że materiał na logiczną fabułę skończył się parę odcinków temu. Odbiorcy często bardzo źle podchodzą do eksperymentów, co widać było choćby po reakcji na zmianę repertuaru Agnieszki Chylińskiej – wiele osób jej przejście od rocka do popu odebrało jako osobistą zniewagę. A przecież artysta, który nie poszukuje, który kopiuje sam siebie, umiera. Kreatywność potrzebuje stałej pożywki, wiecznie nowych wyzwań.
Co jeszcze? Brak dostępu do konstruktywnej krytyki. Książki Małgorzaty Musierowicz sprawdza przed drukiem jej własna córka. Czy jest w stanie odnieść się krytycznie do dzieł własnej matki? Czy umie wyrazić bezkompromisowo swoje wątpliwości? Czy jej uwagi są brane na poważnie? Czy wreszcie potrafi spojrzeć na te teksty z dystansem, jak obca osoba, mimo że od dziecka nasiąkała tymi samymi informacjami, co matka? Niestety, czytając ostatnie dzieła pani Musierowicz, można mieć spore wątpliwości. Wiadomo powszechnie, że na stronie poświęconej autorce działa moderator, który usuwa wszelkie niemiłe, negatywne uwagi. Skąd jednak autorka może wiedzieć, że coś wymaga poprawy, jeśli te informacje są przed nią – na jej wyraźne życzenie – chowane? Wiara we własną nieomylność często jest pierwszym krokiem do upadku.
W dobie zalewu informacji bardzo trudno jest się rozeznać w jakości odbieranego feedbacku. Jeśli uznany autor odbierze tysiąc listów, trudno będzie mu ocenić, który z nich zawiera istotne dla niego informacje. Nie ma jednego schematu postępowania – niektórzy autorzy odcinają się zupełnie od wszelkiej krytyki, podczas gdy inni proszą swoich asystentów o odfiltrowanie pożytecznych informacji.
W przypadku pani Sandemo zachodzi jeszcze inne zjawisko – wypalenie. Oczywiście, nie siedzę w jej głowie i mogę jedynie snuć dywagacje, ale trudno mi dojść do innych wniosków, gdy obiecująco zapowiadająca się Saga o Ludziach Lodu kończy się w sposób tak bardzo odrealniony, że wręcz absurdalny. Owszem, od samego początku w opowieści przewijają się elementy nadnaturalne, ale w ostatnich tomach ich natężenie i pomieszanie zaczyna czytelnika wręcz ogłuszać.
Niezależnie od tego, czy jest się debiutantem, czy uznanym autorem, nie można tracić czujności i osiadać na laurach. Ani przez moment nie można sobie pozwolić na wiarę we własną, niezbywalną wielkość czy nieomylność, ale w zamian bezustannie testować w głowie swoje pomysły: Czy mają sens? Czy są wiarygodne?
czwartek, 5 marca 2015
Krytyka a nauka
Widzieliście te sceny wiele razy. Poprawiacie komuś przecinek, a reakcja jest taka, jakbyście spalili mu dom i zamordowali rodziców. Dlaczego niektórzy ludzie tak źle reagują na krytykę, nawet jeśli jest uzasadniona?
Być może osoba, z którą wdaliście się w dyskusję, ma fobię społeczną. Jak odkryła doktor Karin Blair z National Institute of Mental Health, osoby dotknięte tego rodzajem fobii silniej reagowały na krytykę, a ich mózgi poddane rezonansowi magnetycznemu doświadczyły zwiększonego przepływu krwi przez korę przedczołową i ciało migdałowate – obszary te powiązane są między innymi z odczuwaniem strachu, postrzeganiem samego siebie, emocjami i reakcją na stres.
Leonard Maltin, amerykański krytyk filmowy i historyk przyznaje, że jest w stanie zacytować z pamięci wszystkie uwagi krytyczne, które padły pod jego adresem podczas trwającej ponad czterdzieści lat kariery naukowej. Co ciekawe, nie umiałby przywołać nawet części pochwał. Psycholog Rick Hanson uważa, że jest tak, ponieważ złe wieści mają o wiele większy wpływ na nasze mózgi i przez to silniej zapadają w pamięć. Jest to jego zdaniem powodowane tym, że od prehistorycznych czasów uczyliśmy się na błędach, kiedy to zapamiętywanie złych doświadczeń było bardzo ważne dla przetrwania.
Zdaniem doktora Martina Paulusa z Uniwersytetu Kalifornijskiego, nasz mózg odbiera słowa krytyki jako groźbę. Co więcej, gdy skupia się na jej przetwarzaniu, porzuca wszystkie inne zbędne funkcje.
Czy powinniśmy zatem porzucić krytykę jako narzędzie, które do niczego się nie nadaje? Cóż, Charles S. Jacobs, specjalista od motywowania pracowników w korporacjach uważa, że pochwały nie przekładają się na wzmożoną wydajność i motywację pracowników. Jego zdaniem dopamina, związek chemiczny odpowiedzialny za dobre samopoczucie, jest wydzielana podczas samej pracy, a nie gdy jesteśmy za nią nagradzani. Niektórzy uważają wręcz, że pochwały mogą obniżać zapał do pracy, bo po co się wysilać, skoro wszystko idzie jak z płatka?
Z drugiej strony, Józef Kozielewski, uznany polski psycholog, uważa, że warunkowanie pozytywne przynosi o wiele trwalsze skutki niż warunkowanie negatywne – a pogląd ten popiera wielu treserów zwierząt. W swojej książce pt. „Koncepcje psychologiczne człowieka” pisze on, że „Skuteczność sterowania negatywnego zależy zatem od tego, czy nauczyciel, urzędnik i socjotechnik umieją wskazać człowiekowi nowe alternatywy działania, alternatywy, które zawierają źródła wzmocnień pozytywnych”.
Jak wobec tego najlepiej przekazywać uwagi odnośnie pracy innych osób? Doktor Martin Losada opracował system, w którym jedna negatywna informacja powinna zostać złagodzona co najmniej trzema pozytywnymi. Część osób jest już jednak świadoma, że taktyka ta to sztuczny zabieg mający złagodzić cios, nie są więc w stanie traktować jej poważnie. Odrzucą pozytywne komentarze jako watę nie mającą pokrycia w prawdzie i skupią się na negatywnie nacechowanej treści.
Satoris Culbertson, profesor z Uniwersytetu w Kansas, zakładała, że wiele zależy od tego, o jakim typie osobowości rozmawiamy i co motywuje ludzi do podejmowania wysiłku. Przyjęła więc ze zdumieniem badania, z których wynikało, że wszyscy reagują na krytykę równie kiepsko – nawet osoby, które deklarowały chęć nauki jako najważniejszy czynnik zachęcający do pracy.
Osobiście uważam, że aby krytyka była pomocna, trzeba zadbać o kilka kwestii:
– Upewnij się, że odnosimy się do mierzalnego błędu, a nie własnych przekonań czy uprzedzeń. Krytyka nie może być powodowana chęcią podbudowania własnego ego, chęcią dokopania komuś, wyładowania frustracji.
– Upewnij się, że złośliwostki zostały zredukowane do minimum. Nawet jeśli twoja uwaga ma sens, jest spora szansa, że adresat nie przyjmie jej do siebie, jeśli podasz ją w kontrowersyjny, obraźliwy lub niezrozumiały sposób. Jeśli napiszesz „jesteś głupia, bo nie postawiłaś przecinka przed imiesłowem”, nie powinieneś się spodziewać, że autor grzecznie przeprosi za swoje błędy. Skupi się na pierwszej części zdania i nigdy nie dotrze – na świadomym poziomie – do drugiej. I nie dowodzi to, że jest głupi – po prostu tak działają nasze mózgi.
– Oprócz zwrócenia uwagi na problem, zaproponuj sposoby rozwiązania go.
– Nie baw się w psychologa. Chyba że faktycznie masz dyplom. Jeśli tak, upewnij się, że twoja specjalizacja ma jakieś zastosowanie w tym konkretnym przypadku.
– Nie krytykuj pod wpływem emocji. Jeśli jesteś zły, poirytowany, nieszczęśliwy – poczekaj z napisaniem tego komentarza, aż ci przejdzie.
– Pamiętaj o domniemaniu niewinności. Jeśli czegoś nie wiesz lub nie jesteś w stu procentach pewien, odpuść. Lepsze to niż potencjalne polowanie na czarownice.
– Nigdy, przenigdy, nie krytykuj czegoś, na co dana osoba nie ma wpływu – pochodzenia, koloru skóry, orientacji, zmian wywołanych chorobą itp.
Być może osoba, z którą wdaliście się w dyskusję, ma fobię społeczną. Jak odkryła doktor Karin Blair z National Institute of Mental Health, osoby dotknięte tego rodzajem fobii silniej reagowały na krytykę, a ich mózgi poddane rezonansowi magnetycznemu doświadczyły zwiększonego przepływu krwi przez korę przedczołową i ciało migdałowate – obszary te powiązane są między innymi z odczuwaniem strachu, postrzeganiem samego siebie, emocjami i reakcją na stres.
Leonard Maltin, amerykański krytyk filmowy i historyk przyznaje, że jest w stanie zacytować z pamięci wszystkie uwagi krytyczne, które padły pod jego adresem podczas trwającej ponad czterdzieści lat kariery naukowej. Co ciekawe, nie umiałby przywołać nawet części pochwał. Psycholog Rick Hanson uważa, że jest tak, ponieważ złe wieści mają o wiele większy wpływ na nasze mózgi i przez to silniej zapadają w pamięć. Jest to jego zdaniem powodowane tym, że od prehistorycznych czasów uczyliśmy się na błędach, kiedy to zapamiętywanie złych doświadczeń było bardzo ważne dla przetrwania.
Zdaniem doktora Martina Paulusa z Uniwersytetu Kalifornijskiego, nasz mózg odbiera słowa krytyki jako groźbę. Co więcej, gdy skupia się na jej przetwarzaniu, porzuca wszystkie inne zbędne funkcje.
Czy powinniśmy zatem porzucić krytykę jako narzędzie, które do niczego się nie nadaje? Cóż, Charles S. Jacobs, specjalista od motywowania pracowników w korporacjach uważa, że pochwały nie przekładają się na wzmożoną wydajność i motywację pracowników. Jego zdaniem dopamina, związek chemiczny odpowiedzialny za dobre samopoczucie, jest wydzielana podczas samej pracy, a nie gdy jesteśmy za nią nagradzani. Niektórzy uważają wręcz, że pochwały mogą obniżać zapał do pracy, bo po co się wysilać, skoro wszystko idzie jak z płatka?
Z drugiej strony, Józef Kozielewski, uznany polski psycholog, uważa, że warunkowanie pozytywne przynosi o wiele trwalsze skutki niż warunkowanie negatywne – a pogląd ten popiera wielu treserów zwierząt. W swojej książce pt. „Koncepcje psychologiczne człowieka” pisze on, że „Skuteczność sterowania negatywnego zależy zatem od tego, czy nauczyciel, urzędnik i socjotechnik umieją wskazać człowiekowi nowe alternatywy działania, alternatywy, które zawierają źródła wzmocnień pozytywnych”.
Jak wobec tego najlepiej przekazywać uwagi odnośnie pracy innych osób? Doktor Martin Losada opracował system, w którym jedna negatywna informacja powinna zostać złagodzona co najmniej trzema pozytywnymi. Część osób jest już jednak świadoma, że taktyka ta to sztuczny zabieg mający złagodzić cios, nie są więc w stanie traktować jej poważnie. Odrzucą pozytywne komentarze jako watę nie mającą pokrycia w prawdzie i skupią się na negatywnie nacechowanej treści.
Satoris Culbertson, profesor z Uniwersytetu w Kansas, zakładała, że wiele zależy od tego, o jakim typie osobowości rozmawiamy i co motywuje ludzi do podejmowania wysiłku. Przyjęła więc ze zdumieniem badania, z których wynikało, że wszyscy reagują na krytykę równie kiepsko – nawet osoby, które deklarowały chęć nauki jako najważniejszy czynnik zachęcający do pracy.
Osobiście uważam, że aby krytyka była pomocna, trzeba zadbać o kilka kwestii:
– Upewnij się, że odnosimy się do mierzalnego błędu, a nie własnych przekonań czy uprzedzeń. Krytyka nie może być powodowana chęcią podbudowania własnego ego, chęcią dokopania komuś, wyładowania frustracji.
– Upewnij się, że złośliwostki zostały zredukowane do minimum. Nawet jeśli twoja uwaga ma sens, jest spora szansa, że adresat nie przyjmie jej do siebie, jeśli podasz ją w kontrowersyjny, obraźliwy lub niezrozumiały sposób. Jeśli napiszesz „jesteś głupia, bo nie postawiłaś przecinka przed imiesłowem”, nie powinieneś się spodziewać, że autor grzecznie przeprosi za swoje błędy. Skupi się na pierwszej części zdania i nigdy nie dotrze – na świadomym poziomie – do drugiej. I nie dowodzi to, że jest głupi – po prostu tak działają nasze mózgi.
– Oprócz zwrócenia uwagi na problem, zaproponuj sposoby rozwiązania go.
– Nie baw się w psychologa. Chyba że faktycznie masz dyplom. Jeśli tak, upewnij się, że twoja specjalizacja ma jakieś zastosowanie w tym konkretnym przypadku.
– Nie krytykuj pod wpływem emocji. Jeśli jesteś zły, poirytowany, nieszczęśliwy – poczekaj z napisaniem tego komentarza, aż ci przejdzie.
– Pamiętaj o domniemaniu niewinności. Jeśli czegoś nie wiesz lub nie jesteś w stu procentach pewien, odpuść. Lepsze to niż potencjalne polowanie na czarownice.
– Nigdy, przenigdy, nie krytykuj czegoś, na co dana osoba nie ma wpływu – pochodzenia, koloru skóry, orientacji, zmian wywołanych chorobą itp.
Źródła:
sobota, 7 lutego 2015
Rady Kurta Vonneguta
Dziś chciałam wam zaprezentować rady udzielone przez Kurta Vonneguta, które, moim zdaniem, są bardzo zasadne i wartościowe. Tłumaczenie moje.
1. Znajdź temat, którym się przejmujesz
Znajdź temat, którym się przejmujesz i którym, twoim zdaniem, inni również powinni się przejąć. To właśnie ta szczera troska, a nie gry językowe, będą najbardziej magnetycznym, uwodzącym czytelnika elementem twojego stylu.
Nie zachęcam cię przy tym do napisania powieści, choć nie będzie mi też przykro, jeśli jakąś stworzysz, o ile naprawdę przejmowałeś się czymś podczas pisania. Petycja do burmistrza miasta opisująca dziurę w drodze przy twoim podjeździe albo list miłosny skierowany do sąsiadki również się sprawdzi.
2. Powstrzymaj się jednak przed bełkotem
Nie będę paplać na ten temat.
3. Dbaj o prostotę
Jeśli chodzi o korzystanie z języka, pamiętaj, że dwóch wielkich mistrzów, William Szekspir i James Joyce, pisali niemal dziecinne zdania, opisując poważne tematy. To be or not to be? pyta szekspirowski Hamlet. Najdłuższe słowo ma zaledwie trzy litery. Joyce, gdy był w formie, był w stanie złożyć zdanie tak zawiłe i lśniące jak naszyjnik Kleopatry, lecz moim ulubionym cytatem z jego opowiadania Eveline jest to: Była zmęczona. W tym punkcie opowiadania żadne inne słowa nie mogłyby równie mocno złamać serca czytelnika.
Prostota języka jest nie tylko godna szacunku, ale też być może wręcz uświęcona. Biblia otwiera się zdaniem, które spokojnie leży w możliwościach sprawnego czternastolatka: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.
4. Miej odwagę ciąć
Być może ty również posiadasz zdolność tworzenia wzmiankowanych naszyjników Kleopatry. Twoja elokwencja powinna być jednak w służbie pomysłom twojej głowy. Możesz przyjąć następującą zasadę: jeśli zdanie, nieważne jak idealne, nie podkreśla twojego tematu w nowy czy pożyteczny sposób, wykreśl je.
5. Brzmij jak ty sam
Styl pisania, który jest dla ciebie najbardziej naturalny, powinien brzmieć jak echo mowy, której słuchałeś, będąc dzieckiem. Angielski był trzecim językiem Josepha Conrada, i wiele tego, co wydaje się pikantnym w jego doborze słów, było bez wątpienia powodowane faktem, że jego językiem ojczystym był polski. Szczęśliwym jest pisarz, który wyrósł w Irlandii, gdyż język, jakim się tam posługują, jest zabawny i muzykalny. Ja wychowywałem się w Indianapolis, gdzie mowa potoczna brzmiała jak piła taśmowa przecinająca cynkowane puszki, a stosowane słownictwo było tak pozbawione ozdobników jak klucz francuski.
Osobiście odkryłem, że ufam swojej pisaninie najbardziej – a inni zdają się podzielać to zaufanie – gdy brzmię jak osoba z Indianapolis, czyli dokładnie to, kim jestem. Jakie mam alternatywy? Ta, którą najbardziej stanowczo forsują nauczyciele, zapewne również została przekazana tobie: by pisać jak dobrze wychowany Anglik sprzed wieku lub dwóch.
6. Mów to, co chcesz powiedzieć
Bywałem poirytowany przez takich nauczycieli, ale już nie jestem. Teraz rozumiem, że wszystkie te antyczne eseje i opowiadania, do których miałem porównywać swoją pracę, były wspaniałe nie ze względu na ich datowanie czy zagraniczne pochodzenie, ale z powodu precyzyjnego wyrażania myśli autora. Moi nauczyciele chcieli, bym pisał precyzyjnie, nie ustając w wyborze najbardziej efektywnych słów, budując między nimi zależności jednoznacznie, ściśle, jak części maszyny. Oni nie chcieli mnie zmienić w Anglika. Mieli nadzieję, że stanę się zrozumiały – a przez to zrozumiany. Tak prysnęło moje marzenie korzystania ze słów niczym Picasso z farb czy muzycy jazzowi z dźwięków. Jeśli złamałbym zasady interpunkcji, pozmieniał znaczenia słów i powrzucał je na oślep, nie zostałbym zrozumiany. Tak więc ty również lepiej unikaj stylu Picassa czy jazzmanów, jeśli masz do powiedzenia coś wartego uwagi i chcesz zostać zrozumianym.
Czytelnicy chcą, by nasze stronice wyglądały tak, jak strony książek, które widzieli wcześniej. Dlaczego? Bo stoi przed nimi trudne zadanie, a my powinniśmy im je ułatwiać.
7. Współczuj czytelnikom
Czytelnicy muszą zidentyfikować tysiące małych znaczków na papierze i błyskawicznie nadać im sens. Muszą czytać, a jest to sztuka tak trudna, że większość ludzi nie jest w stanie jej opanować mimo studiowania jej przez podstawówkę i liceum – dwanaście długich lat.
Dyskusja ta musi więc w końcu zmusić do przyznania, że nasze opcje stylistyczne jako pisarza nie są liczne ani efektowne, jako że nasi czytelnicy z zasady będą tak niedoskonałymi artystami. Nasza publiczność wymaga, byśmy byli współczującymi i cierpliwymi nauczycielami, zawsze chętnymi coś uprościć i wyjaśnić, podczas gdy my wolelibyśmy szybować ponad tłumem, śpiewając niczym słowiki.
To kiepska wiadomość. Dobra jest taka, że Amerykanie mają unikalną konstytucję, która pozwala nam pisać, co tylko nam się zamarzy, bez strachu przed karą. Tak więc najbardziej znaczący aspekt naszego stylu, czyli dobór tematu, pozostaje niczym nieograniczony.
8. Szczegółowe porady
Tym, którzy chcą dyskutować o stylu literackim w bardziej zawężonym, technicznym sensie, polecam The Elements of Style autorstwa Strunka Juniora i E.B. White’a. E.B. White jest najbardziej zachwycającym specjalistą od stylu, jakiego wyprodukował nasz kraj.
Powinniście też uświadomić sobie, że nikogo nie obeszłoby, jak dobrze czy fatalnie wyraża się pan White, gdyby nie miał do powiedzenia inspirujących rzeczy.
1. Znajdź temat, którym się przejmujesz
Znajdź temat, którym się przejmujesz i którym, twoim zdaniem, inni również powinni się przejąć. To właśnie ta szczera troska, a nie gry językowe, będą najbardziej magnetycznym, uwodzącym czytelnika elementem twojego stylu.
Nie zachęcam cię przy tym do napisania powieści, choć nie będzie mi też przykro, jeśli jakąś stworzysz, o ile naprawdę przejmowałeś się czymś podczas pisania. Petycja do burmistrza miasta opisująca dziurę w drodze przy twoim podjeździe albo list miłosny skierowany do sąsiadki również się sprawdzi.
2. Powstrzymaj się jednak przed bełkotem
Nie będę paplać na ten temat.
3. Dbaj o prostotę
Jeśli chodzi o korzystanie z języka, pamiętaj, że dwóch wielkich mistrzów, William Szekspir i James Joyce, pisali niemal dziecinne zdania, opisując poważne tematy. To be or not to be? pyta szekspirowski Hamlet. Najdłuższe słowo ma zaledwie trzy litery. Joyce, gdy był w formie, był w stanie złożyć zdanie tak zawiłe i lśniące jak naszyjnik Kleopatry, lecz moim ulubionym cytatem z jego opowiadania Eveline jest to: Była zmęczona. W tym punkcie opowiadania żadne inne słowa nie mogłyby równie mocno złamać serca czytelnika.
Prostota języka jest nie tylko godna szacunku, ale też być może wręcz uświęcona. Biblia otwiera się zdaniem, które spokojnie leży w możliwościach sprawnego czternastolatka: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.
4. Miej odwagę ciąć
Być może ty również posiadasz zdolność tworzenia wzmiankowanych naszyjników Kleopatry. Twoja elokwencja powinna być jednak w służbie pomysłom twojej głowy. Możesz przyjąć następującą zasadę: jeśli zdanie, nieważne jak idealne, nie podkreśla twojego tematu w nowy czy pożyteczny sposób, wykreśl je.
5. Brzmij jak ty sam
Styl pisania, który jest dla ciebie najbardziej naturalny, powinien brzmieć jak echo mowy, której słuchałeś, będąc dzieckiem. Angielski był trzecim językiem Josepha Conrada, i wiele tego, co wydaje się pikantnym w jego doborze słów, było bez wątpienia powodowane faktem, że jego językiem ojczystym był polski. Szczęśliwym jest pisarz, który wyrósł w Irlandii, gdyż język, jakim się tam posługują, jest zabawny i muzykalny. Ja wychowywałem się w Indianapolis, gdzie mowa potoczna brzmiała jak piła taśmowa przecinająca cynkowane puszki, a stosowane słownictwo było tak pozbawione ozdobników jak klucz francuski.
Osobiście odkryłem, że ufam swojej pisaninie najbardziej – a inni zdają się podzielać to zaufanie – gdy brzmię jak osoba z Indianapolis, czyli dokładnie to, kim jestem. Jakie mam alternatywy? Ta, którą najbardziej stanowczo forsują nauczyciele, zapewne również została przekazana tobie: by pisać jak dobrze wychowany Anglik sprzed wieku lub dwóch.
6. Mów to, co chcesz powiedzieć
Bywałem poirytowany przez takich nauczycieli, ale już nie jestem. Teraz rozumiem, że wszystkie te antyczne eseje i opowiadania, do których miałem porównywać swoją pracę, były wspaniałe nie ze względu na ich datowanie czy zagraniczne pochodzenie, ale z powodu precyzyjnego wyrażania myśli autora. Moi nauczyciele chcieli, bym pisał precyzyjnie, nie ustając w wyborze najbardziej efektywnych słów, budując między nimi zależności jednoznacznie, ściśle, jak części maszyny. Oni nie chcieli mnie zmienić w Anglika. Mieli nadzieję, że stanę się zrozumiały – a przez to zrozumiany. Tak prysnęło moje marzenie korzystania ze słów niczym Picasso z farb czy muzycy jazzowi z dźwięków. Jeśli złamałbym zasady interpunkcji, pozmieniał znaczenia słów i powrzucał je na oślep, nie zostałbym zrozumiany. Tak więc ty również lepiej unikaj stylu Picassa czy jazzmanów, jeśli masz do powiedzenia coś wartego uwagi i chcesz zostać zrozumianym.
Czytelnicy chcą, by nasze stronice wyglądały tak, jak strony książek, które widzieli wcześniej. Dlaczego? Bo stoi przed nimi trudne zadanie, a my powinniśmy im je ułatwiać.
7. Współczuj czytelnikom
Czytelnicy muszą zidentyfikować tysiące małych znaczków na papierze i błyskawicznie nadać im sens. Muszą czytać, a jest to sztuka tak trudna, że większość ludzi nie jest w stanie jej opanować mimo studiowania jej przez podstawówkę i liceum – dwanaście długich lat.
Dyskusja ta musi więc w końcu zmusić do przyznania, że nasze opcje stylistyczne jako pisarza nie są liczne ani efektowne, jako że nasi czytelnicy z zasady będą tak niedoskonałymi artystami. Nasza publiczność wymaga, byśmy byli współczującymi i cierpliwymi nauczycielami, zawsze chętnymi coś uprościć i wyjaśnić, podczas gdy my wolelibyśmy szybować ponad tłumem, śpiewając niczym słowiki.
To kiepska wiadomość. Dobra jest taka, że Amerykanie mają unikalną konstytucję, która pozwala nam pisać, co tylko nam się zamarzy, bez strachu przed karą. Tak więc najbardziej znaczący aspekt naszego stylu, czyli dobór tematu, pozostaje niczym nieograniczony.
8. Szczegółowe porady
Tym, którzy chcą dyskutować o stylu literackim w bardziej zawężonym, technicznym sensie, polecam The Elements of Style autorstwa Strunka Juniora i E.B. White’a. E.B. White jest najbardziej zachwycającym specjalistą od stylu, jakiego wyprodukował nasz kraj.
Powinniście też uświadomić sobie, że nikogo nie obeszłoby, jak dobrze czy fatalnie wyraża się pan White, gdyby nie miał do powiedzenia inspirujących rzeczy.
wtorek, 3 lutego 2015
Rady Neila Gaimana
Uwaga. Post zawiera moje prywatne opinie, których w żadnym wypadku nie można traktować jako prawdy objawionej.
W sieci można znaleźć rady dla początkujących pisarzy, których udzielił Neil Gaiman (wersja angielska, wersja polska). Chociaż szanuję go jako autora, nie mogę się zgodzić z tą listą, więc rozłożę ją na czynniki pierwsze, bo to internet, więc mogę.
1. Pisz.
Truizm.
2. Układaj słowo za słowem. Znajdź takie, które pasują i po prostu je zapisz.
Znowu truizm. Chyba że to jakaś bardzo głęboka prawda, której mój przyziemny umysł nie ogarnia.
3. Skończ to, co piszesz. Krok po kroku, rozdział po rozdziale.
A co z autorami, którzy najpierw piszą zakończenie, a następnie zajmują się rozdziałami w losowej kolejności, w zależności od tego, na co mają nastrój? Nie sądzę, żeby autorytatywne narzucanie sztywnych zasad pomogło początkującym pisarzom, bo każdy ma swoją dynamikę, swój charakter, swoją metodę. Nie ma jednej złotej metody, która pasowałaby wszystkim.
4. Po skończeniu, pozwól tekstowi odleżeć chwilę. Przeczytaj go ponownie, udając, że to pierwszy raz. Pokaż go znajomym, których opinię szanujesz, i którzy lubią dzieła podobne do tego, które wyszło spod Twojej ręki.
I tak, i nie. Jak ktoś nie lubi danego gatunku czy jest obojętny, to nawet może być bardziej obiektywny. Poza tym mało kto potrafi udawać, że to pierwszy raz – albo faktycznie zapomniałeś i to jest wtedy wykonalne, albo nie i udawać to sobie możesz, ale nic ci z tego nie przyjdzie. Dlatego lepiej jest odłożyć tekst na dłużej niż chwilę.
5. Pamiętaj: kiedy ludzie mówią Ci, że coś jest nie tak, albo że coś w tekście im zgrzyta – prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią Ci dokładnie co jest źle i jak to poprawić – prawie zawsze są w błędzie.
Cóż, tym punktem Gaiman neguje sens działalności ocenialni. Nie wiem, co jest złego w wytykaniu ewidentnych błędów i wskazywaniu rozwiązań pozwalających na wybrnięcie z literackich kłopotów i kłopocików. Poza, być może, urażeniem miłości własnej autora.
6. Popraw, co potrafisz. Pamiętaj, że prędzej czy później wypuścisz swój tekst w świat i zaczniesz pracę nad nowym. Nie będzie czasu na doprowadzenie któregoś z nich do perfekcji. Gonienie za ideałem jest jak ściganie horyzontu. Pędź przed siebie.
To jest dobra rada, ale wyłącznie dla perfekcjonistów, którzy nigdy nie będą zadowoleni ze swojego dzieła, którzy nie wiedzą, kiedy można odpuścić dopieszczanie dzieła, którzy spędzą lata nad kształtowaniem jednego zdania tak, by miało idealne brzmienie. Niemniej, perfekcjoniści nie stanowią większości społeczeństwa, a co za tym idzie, nie stanowią też większości pisarzy.
7. Śmiej się z własnych dowcipów.
Umm… Czy są ludzie, którzy nie śmieją się z WŁASNYCH dowcipów? Jeśli tak, czemu w ogóle uważają je za, wiecie, dowcipy? To niepokojące.
8. Podstawowa zasada pisania brzmi: jeśli robisz to pewną ręką i z przekonaniem, wszystko ujdzie Ci na sucho. (To może być podstawowa zasada życia, nie tylko pisania – ale z pewnością jest to prawda w stosunku do pisania.) Opowiedz więc swoją historię tak, jak powinna być opowiedziana. Pisz szczerze i przekaż wszystko najlepiej, jak umiesz. Nie jestem pewien, czy są jeszcze inne zasady. Z pewnością nie są ważniejsze od tej.
Nie. Efektem takiego podejścia są gnioty serwowane nam przez niesławnych w sieci autorów, którzy są tak przekonani o cudowności swego tworu, że publikują go bez poddawania go krytyce (albo odrzucając wszelką krytykę jako niekonstruktywny hejt). W efekcie, gdy dzieło trafia do szerszej publiczności, a na autora wylewane są wiadra pomyj, przeżywa on szok poznawczy i najczęściej, niestety, woli pogrążyć się we własnym idealnym świecie marzeń, niż wyciągnąć z krytyki sensowne wnioski i napisać następne dzieło lepiej. Często zresztą czytelnik, który dostaje do ręki efekt wielomiesięcznej akcji wizerunkowej, jest o wiele bardziej zawiedziony i skłonny do narzekań, ponieważ obiecywano mu cuda na kiju, a dostał chłam. Nikt nie lubi być okłamywany.
Podsumowując, myślę, że Gaiman napisał osiem porad dla samego siebie. Porad skrojonych na miarę tego jednego, konkretnego osobnika, który ma szczęście posiadać talent literacki, warsztat i masę sprzedanych tytułów. Niestety, przeciętny początkujący autor niewiele z nich wyciągnie dla siebie.
W sieci można znaleźć rady dla początkujących pisarzy, których udzielił Neil Gaiman (wersja angielska, wersja polska). Chociaż szanuję go jako autora, nie mogę się zgodzić z tą listą, więc rozłożę ją na czynniki pierwsze, bo to internet, więc mogę.
1. Pisz.
Truizm.
2. Układaj słowo za słowem. Znajdź takie, które pasują i po prostu je zapisz.
Znowu truizm. Chyba że to jakaś bardzo głęboka prawda, której mój przyziemny umysł nie ogarnia.
3. Skończ to, co piszesz. Krok po kroku, rozdział po rozdziale.
A co z autorami, którzy najpierw piszą zakończenie, a następnie zajmują się rozdziałami w losowej kolejności, w zależności od tego, na co mają nastrój? Nie sądzę, żeby autorytatywne narzucanie sztywnych zasad pomogło początkującym pisarzom, bo każdy ma swoją dynamikę, swój charakter, swoją metodę. Nie ma jednej złotej metody, która pasowałaby wszystkim.
4. Po skończeniu, pozwól tekstowi odleżeć chwilę. Przeczytaj go ponownie, udając, że to pierwszy raz. Pokaż go znajomym, których opinię szanujesz, i którzy lubią dzieła podobne do tego, które wyszło spod Twojej ręki.
I tak, i nie. Jak ktoś nie lubi danego gatunku czy jest obojętny, to nawet może być bardziej obiektywny. Poza tym mało kto potrafi udawać, że to pierwszy raz – albo faktycznie zapomniałeś i to jest wtedy wykonalne, albo nie i udawać to sobie możesz, ale nic ci z tego nie przyjdzie. Dlatego lepiej jest odłożyć tekst na dłużej niż chwilę.
5. Pamiętaj: kiedy ludzie mówią Ci, że coś jest nie tak, albo że coś w tekście im zgrzyta – prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią Ci dokładnie co jest źle i jak to poprawić – prawie zawsze są w błędzie.
Cóż, tym punktem Gaiman neguje sens działalności ocenialni. Nie wiem, co jest złego w wytykaniu ewidentnych błędów i wskazywaniu rozwiązań pozwalających na wybrnięcie z literackich kłopotów i kłopocików. Poza, być może, urażeniem miłości własnej autora.
6. Popraw, co potrafisz. Pamiętaj, że prędzej czy później wypuścisz swój tekst w świat i zaczniesz pracę nad nowym. Nie będzie czasu na doprowadzenie któregoś z nich do perfekcji. Gonienie za ideałem jest jak ściganie horyzontu. Pędź przed siebie.
To jest dobra rada, ale wyłącznie dla perfekcjonistów, którzy nigdy nie będą zadowoleni ze swojego dzieła, którzy nie wiedzą, kiedy można odpuścić dopieszczanie dzieła, którzy spędzą lata nad kształtowaniem jednego zdania tak, by miało idealne brzmienie. Niemniej, perfekcjoniści nie stanowią większości społeczeństwa, a co za tym idzie, nie stanowią też większości pisarzy.
7. Śmiej się z własnych dowcipów.
Umm… Czy są ludzie, którzy nie śmieją się z WŁASNYCH dowcipów? Jeśli tak, czemu w ogóle uważają je za, wiecie, dowcipy? To niepokojące.
8. Podstawowa zasada pisania brzmi: jeśli robisz to pewną ręką i z przekonaniem, wszystko ujdzie Ci na sucho. (To może być podstawowa zasada życia, nie tylko pisania – ale z pewnością jest to prawda w stosunku do pisania.) Opowiedz więc swoją historię tak, jak powinna być opowiedziana. Pisz szczerze i przekaż wszystko najlepiej, jak umiesz. Nie jestem pewien, czy są jeszcze inne zasady. Z pewnością nie są ważniejsze od tej.
Nie. Efektem takiego podejścia są gnioty serwowane nam przez niesławnych w sieci autorów, którzy są tak przekonani o cudowności swego tworu, że publikują go bez poddawania go krytyce (albo odrzucając wszelką krytykę jako niekonstruktywny hejt). W efekcie, gdy dzieło trafia do szerszej publiczności, a na autora wylewane są wiadra pomyj, przeżywa on szok poznawczy i najczęściej, niestety, woli pogrążyć się we własnym idealnym świecie marzeń, niż wyciągnąć z krytyki sensowne wnioski i napisać następne dzieło lepiej. Często zresztą czytelnik, który dostaje do ręki efekt wielomiesięcznej akcji wizerunkowej, jest o wiele bardziej zawiedziony i skłonny do narzekań, ponieważ obiecywano mu cuda na kiju, a dostał chłam. Nikt nie lubi być okłamywany.
Podsumowując, myślę, że Gaiman napisał osiem porad dla samego siebie. Porad skrojonych na miarę tego jednego, konkretnego osobnika, który ma szczęście posiadać talent literacki, warsztat i masę sprzedanych tytułów. Niestety, przeciętny początkujący autor niewiele z nich wyciągnie dla siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Obsługiwane przez usługę Blogger.