środa, 3 grudnia 2014

Wywiad z Anną Tess Gołębiowską – managerem literackim

Słowem wstępu: to miał być normalny, dziesięciopytaniowy wywiad, no, może z jakimś rozwinięciem tu i ówdzie. Tymczasem jak zaczęłyśmy rozmawiać, tak nie mogłyśmy przestać, temat gonił temat. Efektem tego praca nad tekstem zajęła bite cztery dni, tak, byśmy dały radę poruszyć interesujące potencjalnych odbiorców tematy z różnych stron i jak najobszerniej.

Nie sposób zliczyć wszystkich osiągnięć naszego dzisiejszego gościa. Zaproszona przeze mnie rozmówczyni w czasie swojej fandomowej aktywności związana była kolejno z Efantastyką, Kawerną, Coperniconem, Pyrkonem i Hatakiem; na konwentach pełniła funkcję szefowej bloków literackich, przez co pracowała z dziesiątkami autorów, od debiutantów po najbardziej rozpoznawalne nazwiska. W najbliższym czasie będzie bronić pracy magisterskiej, by zwieńczyć studiowanie filologii polskiej i słowiańskiej z językiem czeskim na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Otarła się o kilka wydawnictw, by ostatecznie założyć własną firmę w trochę innej branży, a jednocześnie jako freelancer zajmuje się redakcją i korektą. Obecnie jest członkinią Browncoats of Poland, stowarzyszenia fanów serialu „Firefly”, z ramienia którego nadzorowała wydanie „Świetlika w ciemności”. Zdecydowanie jednak najbardziej widoczne w jej CV jest pełnienie funkcji managera artystycznego Jakuba Ćwieka i Anety Jadowskiej. Zapraszam do lektury wywiadu z Anną Tess Gołębiowską.


Anna Tess Gołębiowska z kotką Zuzą


Na czym polega praca managera artystycznego? Czym różni się od pracy agenta literackiego?
Agent zajmuje się przede wszystkim szukaniem wydawcy dla autora, negocjowaniem umów. Ja zajmuję się wszelkimi kwestiami dotyczącymi tego, co dzieje się dookoła – współpracuję z wydawcami przy planowaniu premiery, koordynuję organizację spotkań autorskich, pilnuję formalności i umów z nimi związanych. Do mnie trafiają chętni na warsztaty literackie, dziennikarze przeprowadzający wywiady oraz właściwie dowolna osoba, która ma do autora jakąś sprawę. Zdarza się, że ktoś ma do twórcy pytanie w związku z pracą magisterską lub przygotowywanym cosplayem – ma sporą szansę, że zostanie przekierowany do mnie. Tak się składa, że w wypadku twórczości Jakuba odpowiadam także za oficjalną linię gadżetów inspirowanych jego twórczością oraz prowadzę oficjalny fanpage – zatem jeśli post czy komentarz nie jest podpisany „Kuba”, to zainteresowany rozmawia ze mną. Prowadzę kalendarze moich autorów, uwzględniając nie tylko premiery czy spotkania służbowe, ale także rzeczy całkowicie prywatne, jak koncerty, na które się wybierają. Wysyłam rozmaite dokumenty, rezerwuję hotele, wyszukuję optymalne połączenia. Zwykle jestem pierwszym czytelnikiem ich tekstów. Czasem przeprowadzam research. To samo w sobie jest wymagające: odbieram nagle telefon, że na za dwie godziny potrzebna jest lista dziesięciu najbardziej luksusowych marek płaszczy świata – to bolało najbardziej, bo namęczyłam się nad tym zagadnieniem, a potem fragment… wyleciał z książki. I to po mojej sugestii! Serce bolało, ale rada była dla dobra powieści i została wprowadzona w życie. Przygotowywałam też szczegółowy przewodnik po Festiwalu w Cannes, z mapkami i godzinnymi rozkładami. Czasem jest to pytanie typowo śledcze: link do wywiadu i „muszę porozmawiać z tym facetem”.
Chyba rozszerzam klasyczne obowiązki managera, ale tak to wygląda w moim przypadku. Muszę też dodać, że czasem terminy „agenta” i „managera” stosuje się zamiennie.

Jak wyglądają takie warsztaty literackie?
Zależy, kto prowadzi. Szczerze mówiąc, nie jestem fanką warsztatów literackich – sposób na napisanie idealnej książki i zdobycie sławy i grubych pieniędzy oferują w nich osoby, które w literaturze nie zdobyły ani jednego, ani drugiego… Programy są zwykle chaotyczne i owszem, jakąś wiedzę przekazują, ale sądzę, że więcej pożytku przyniosłoby zapisanie się jako wolny słuchacz na zajęcia z poetyki. Kiedy ładnych parę lat temu poszłam na warsztaty Kuby, kierowała mną ciekawość, czy te będą inne niż wszystkie – no i były. Może dlatego, że prowadzący skupił się na ćwiczeniach dla grupy, a nie na wychwalaniu swojej szkoły. No ale on nie miał na to parcia – to było w końcu dla niego zajęcie dodatkowe. W każdym razie same warsztaty opierały się na realizowaniu różnych pisemnych zadań, ćwiczących rozmaite, potrzebne autorowi umiejętności. Mnie szczególnie w pamięć zapadło wciąganie tła w dialogi, np. komentarzami o mijanych właśnie obiektach. Dobrze wykonane sprawia, że bohater jest rzeczywiście częścią świata przedstawionego, a nie papierową figurką doklejoną do opisywanej okolicy.

Czy zdarza się, że na spotkanie autorskie przychodzi ktoś po to, żeby skrytykować autora? Jak sobie z tym radzicie?
No ba. I to skrytykować nie tylko książki, ale i wygląd. Jak sobie z tym radzić? Jak w życiu, celną ripostą. W wypadku debiutantów warto też wyrobić sobie twardą skórę. Choćby książka była nie wiem jak wspaniała, zawsze znajdą się krytycy, którym nie przypadnie do gustu, zawsze znajdą się też hejterzy, wylewający prawdziwe wiadra pomyj. Najwięcej jest ich oczywiście w internecie. Można oczywiście potem uśmiechnąć się w duchu, kiedy ci najzjadliwiej krytykujący przychodzą po autograf…

A co, jeśli krytyka jest uzasadniona?
Przyjąć na klatę i poprawić się w kolejnych książkach.

W jaki sposób można zostać takim managerem? Czy potrzebne są lata praktyki i wykształcenie, czy też wiele zależy od szczęścia i znajomości? Jak było w twoim wypadku?
Nie mam pojęcia, w jaki sposób. Serio! Z wykształcenia jestem filologiem polskim i czeskim, z ukończoną specjalizacją wydawniczą. Zajęcia z marketingu książki miałam przez jeden semestr i – szczerze mówiąc – nie dowiedziałam się na nich nic nowego. Nawet w odwiecznym ponoć sporze literaturoznawcy vs. językoznawcy znajduję się w tej drugiej grupie – czyli moje studia skupiały się zupełnie na czymś innym. Czy lata praktyki? W pewnym sensie na pewno. Od lat siedziałam w świecie internetowych portali, udzielałam się aktywnie. W pewnym momencie zaczęły być to portale związane z fantastyką. Później trafiłam na pierwszy konwent (Pyrkon 2009), a na nim na spotkanie autorskie Jakuba – zadałam parę pytań, podeszłam po autograf, zadeklarowałam, że będę go prześladować na wszystkich jego punktach i dotrzymałam słowa. Później przyszedł kolejny konwent, maile… Z czasem zaczynaliśmy się przyjaźnić coraz bardziej, zaczęłam prowadzić Oficjalny Fanklub Lokiego. Potem byłam beta-testerem, robiłam wstępne korekty artykułów Kuby… Robiłam mnóstwo zdjęć z jego spotkań autorskich, zaczęłam prowadzić fanpage. Aż któregoś dnia okazało się, że jego dotychczasowa managerka przestaje wyrabiać się czasowo i musi zrezygnować. Zaproponowałam, że pomogę i tak już zostało. Długo funkcjonowaliśmy jako duet, aż postanowiliśmy zaprosić do niego Anetę. Zgodziła się i sądzę, że fajnie się zgrywamy.


Manager w swoim żywiole


Na czym polega wspomniany spór?
Och, po prostu – literaturoznawcy uważają, że to oni są prawdziwymi filologami, a językoznawcy zajmują się bzdurami. I vice versa. Spór jednak znam bardziej ze słyszenia, ponieważ z racji nietypowego, łączonego kierunku, studiowałam w bardzo małej grupie – na ostatnim roku została nas czwórka. Trudno w tak małym gronie o podziały. No i nikt z literaturoznawców nie dotarł do końca studiów magisterskich, więc językoznawcy górą (śmiech).

Wiesz może, czy całej czwórce udało się znaleźć pracę związaną z kierunkiem studiów? Czy uważasz swoje studia za przydatne?
Nie mam pojęcia, czy się udało. Ja nawet nie szukałam, jedna koleżanka na pewno pracowała jako tłumacz dla Międzynarodowych Targów Poznańskich, druga – kiedy ostatnio rozmawiałyśmy – pracowała w biurze poselskim. Trzecia, zdaje się, wyjechała z kraju, ale nie do Czech. W Czechach natomiast zakorzeniła się najbliższa mi znajoma z uczelni, po Erasmusie postanowiła już nie wracać do kraju. Nie wiem, czy praca tam liczy się jako praca w zawodzie. A czy studia uważam za przydatne? Bardzo! Uwielbiam się uczyć, poznawać nowe kultury i języki. Pewnie nigdy nie zostanę tłumaczem przysięgłym żadnego języka, ale zahaczyłam o lektoraty języków angielskiego, niemieckiego, włoskiego, rosyjskiego i macedońskiego (nie licząc czeskiego, oczywiście). Przez dwa miesiące studiowałam dodatkowo arabski, ale okazało się, że doba nie jest aż tak rozciągliwa.

Imponujące! Dogadasz się podczas wakacji w każdym z tych języków?
Uprzedziłaś mnie, właśnie miałam to rozwinąć. Różnie. Po niemiecku, angielsku i czesku mogę mówić. Z rosyjskim gorzej, ale jakoś sobie poradzę. Włoskiego musiałabym się poduczyć – w tym momencie mam już sześcioletnią przerwę, dla języka to praktycznie śmierć. Ale włoski ma fantastyczny akcent i prostą gramatykę, więc gdybym wiedziała, że jadę do Włoch, przysiadłabym miesiąc wcześniej i powinnam dać radę. Najmniej zostało mi z arabskiego – ma przepiękny alfabet i morderczą wymowę. Naprawdę, wszyscy, którzy nabijają się z niemieckiego, powinni usłyszeć „dzień dobry” po arabsku.

Jakby to wyglądało w polskiej transliteracji?
Sabahu l-hajri! Mocno krzyczące i z bardzo silnym „h”. Arabski to język spółgłoskowy, ma tylko trzy samogłoski (wszystkie widzimy w tym zdaniu). Ma za to mnóstwo głosek gardłowych, przez co brzmi ostro i twardo. A jedną ze spółgłosek jest zwarcie krtaniowe. Naprawdę, mnóstwo radości sprawia nauka tak „niewymawialnych” rzeczy.
Ale przed dygresją o stopniu znajomości chciałam powiedzieć coś innego – w nauce języka nie fascynuje mnie sama zdolność porozumiewania się, a zapoznawanie się z obcą kulturą. Język wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość, jak myślimy. Uwielbiam właśnie ten moment, kiedy zaczynam rozumieć, skąd taka a nie inna konstrukcja i dlaczego nie da się jej do końca przetłumaczyć, dlaczego jest wyjątkowa. Nauka żadnego innego języka nie pozwoliła odczuć tego tak, jak lektorat arabskiego.

Wolisz wobec tego tłumaczenia piękne, czy wierne?
Wolę oryginały. Pewnie się zbłaźnię, jeśli pomylę autora tezy, ale wydaje mi się, że był to Barańczak: ładnie obalił wybór między pięknym a wiernym. Bo wiesz, człowiek nie może być wierny w 90%, a tłumaczenie już tak. Dlatego uważam, że najlepsze, najbardziej unikatowe tłumaczenia to te, które odnalazły złoty środek. Najlepszym weryfikatorem zaś jest czas. Które tłumaczenie jest lepsze? Kubuś Puchatek czy Fredzia Phi-Phi? Bez względu na to, jak długo byśmy rozbierali to naukowo, sądzę, że najlepiej zapytać dzieci, kogo one znają.
Chociaż dobra, trochę skłamałam. Lubię czytać przekłady, naprawdę lubię. Ale największą przyjemność sprawiają mi wtedy, kiedy znam oryginał, a po przekład mogę sięgnąć więcej niż jeden… Mam frajdę z obserwowania zmian napięć, zwiększania lub wygładzania akcentów, tłumaczenia kontekstu kulturowego. Wiesz, że Dudley w „Potterze” narzeka, że ciastko ma za mało kremu, a w czeskim, że kiełbasa jest niedosmażona?
Swoją drogą, „Harry Potter” to taki „mój” tekst, pisałam pracę licencjacką z tłumaczenia nazw osobowych z pierwszego tomu na polski i czeski. A prace o antroponimach mogę czytać i analizować godzinami… Jak już wejdę do biblioteki, to łatwo mnie nie wyciągniesz.

„Harry Potter”, „Władca Pierścieni” i „Diuna” to tytuły najczęściej przywoływane w dyskusjach o tłumaczeniu nazw własnych. Jaka jest twoja opinia? Wolisz czytać o krzatach, Wolanach i Bagoszu czy o Fremenach i Bagginsie?
W sporze Baggins-Bagosz wybieram Bagginsa, z prostego powodu, że Jerzy Łoziński był bardzo niekonsekwentny. Co znaczy Bagosz? Baggins z Bag End, to przecież nazwisko znaczące! A po polsku Bagosz z Bagoszna brzmi po prostu dziwnie i z niczym się nie kojarzy. Jeśli spolszczamy, to Torbowski z Torbowa Skrajnego. Jeśli nie, to Baggins. Swoją drogą, właśnie zdałam sobie sprawę, że w 1997 RAZ w „Nowej Fantastyce” pisał o tym samym. w felietonie „Kwitko Worczyk, Nornik z Dnoworek”. Uważam zatem, że w tym wypadku nie jest to rozmowa o strategii tłumacza, tylko o niezbyt udanym tłumaczeniu… Inna sprawa, że nie jestem członkiem obozu ani fanów Łozińskiego, ani Skibiniewskiej. Uwielbiam najmniej chyba znany polski przekład Marii i Cezarego Frąców. Ale już w „Harrym Potterze” spolszczenia uwielbiam, naprawdę podoba mi się robota, jaką odwalił Andrzej Polkowski. Zgredek, Stworek… No a po czesku wspaniały Albus Brumbál i szkoła v Bradavicích. W polskim przekładzie Hogwart brzmi poważnie, może się kojarzyć z Harvardem, a to przecież owszem, brzmiąca podobnie, ale jednak zbitka słów „wieprz” i „brodawka”. Vladimír Medek wziął tę brodawkę i zabawił się tym, że skoro na nosie czarownicy może znajdować się brodawka, to szkoła czarownic mieści się… w brodawkach. Te dwa przekłady razem wzięte byłyby ideałem.

Wracając do Anety Jadowskiej, czym przekonała was do siebie?
Miała odpowiednio wysokie stężenie zajebistości we krwi!



Aneta, Kuba i Tess razem działają w szeregach Browncoats of Poland, tu na planie filmiku „We are waiting, Captain!”.

 
Z taką ripostą trudno polemizować.
W sumie trudno powiedzieć, jak zauważyłam, że ma w sobie „to coś”. Na początku wiedziałam tylko, że napisała książkę (co nie jest przecież niczym zaskakującym w moim otoczeniu), jest ruda i mieszka w Toruniu… ale jakiś wewnętrzny głosik mówił mi, żeby zaprosić ją na Copernicon. Przekonałam koordynatorów, że co z tego, że to debiutantka i mamy większe nazwiska, to w końcu Toruń, trzeba pokazać kogoś miejscowego. To był strzał absolutnie w ciemno – a potem okazało się, że Aneta jest fantastyczną prelegentką! A jeszcze wcześniej – że takąż osobą. Najbardziej podstawowe ustalanie programu zmieniało się w godzinne rozmowy, dygresja goniła dygresję… Wymyślanie tematów prelekcji może być bardzo twórcze, bo nagle wychodzi dzięki niemu, że obie fascynujemy się tematem seryjnych morderców i nałogowo oglądamy seriale kryminalne. Nie wiem, czy kiedykolwiek ją w tym dogonię… Co nadrobię nowy tytuł, ona wynajduje już dwa kolejne.

Czy to znaczy, że nie czytałaś jej dzieł, zanim ją zaprosiłaś?
Ten jeden raz nie. Aspekt ekonomiczny nie narażał konwentu, bo Aneta była przecież z tego samego miasta, a stwierdziłam, że kurde, mając autorkę fantastyki mieszkającą w Toruniu oraz piszącą o Toruniu, nie można jej nie zaprosić na toruński konwent tylko dlatego, że ja nie wiem, czy książka mi się spodoba. Zresztą, konwentów nie robię dla siebie. To, czy lubię książkę, nie mogłoby być decydujące, ważne, czy jest interesująca dla odbiorców. Uznałam, że z powodu tematyki będzie. Była!

Potem, kiedy już zapoznałaś się z nimi, uspokoiłaś się, czy raczej zawiodłaś?
Biorąc pod uwagę obecną współpracę, chyba łatwo się domyślić, że uspokoiłam. Z książki na książkę moja dziewczynka zaskakuje mnie coraz pozytywniej!

Wspomniałaś, że podczas organizacji konwentów spotkałaś wielu debiutantów, na czym polegały wasze wzajemne relacje?
Na relację na pewno ma wpływ sam konwent – Copernicon jest od zaplecza dość kameralną imprezą. Jasne, przekroczył próg tysiąca uczestników, ale ma mniej nitek programowych, mniejsza jest liczba gości. Mam więcej czasu dla każdego. Pyrkon jest tak wielki, że nie zawsze udawało mi się chociażby przywitać z każdym osobiście… Dlatego przy Coperniconie rozmawiałam z debiutantami, czasem naprawdę długo, starałam się rozwiać ich wątpliwości, przybliżyć nastrój miejsca, środowisko. Właśnie – traf chciał, że zwykle były to osoby spoza fandomu. Kiedy ktoś latami jeździ na konwenty, preleguje i potem wydaje książkę, to już wie, co robić. Osoba z zewnątrz po otrzymaniu zaproszenia nie ma pojęcia, dokąd się wybiera.

Często przeżywa więc szok?
Ano przeżywa… Rozmawialiśmy o rzeczach, które mogą wydawać się całkowicie banalne, wliczając to, jak się ubrać na prelekcję. I że publika naprawdę nie poczuje się urażona brakiem eleganckiego garnituru. Z ustalaniem tematów prelekcji też bywało ciekawie – łatwo podsunąć temat komuś, kogo się zna. Starych wyjadaczy można poznać jeśli nie osobiście, to z prelekcji, wyszukać w sieci tematy poprzednich wystąpień… Kogoś całkowicie nowego trzeba najpierw wybadać.
A Pyrkon to zupełnie inna historia. Sprawdź listę gości – to kilkadziesiąt nazwisk. Z każdym musisz umieć rozmawiać – pamiętać, kto woli rozmowy telefoniczne od maili, z kim najlepiej dogada się w nocy, kiedy kierować się wprost do pisarza, kiedy do agenta, a kiedy do żony…

Musisz też umieć chować własne antypatie do kieszeni. Często masz z tym problem?
Szczerze mówiąc, chyba żadnego. Nie zapraszam poglądów politycznych, tylko osobę. Chyba że chodzi o antypatie literackie – cóż, z pisarzami rzadko rozmawiam o ich książkach. To w końcu praca, nie po to zapraszasz kogoś na imprezę, żeby dyskutować z nim o nadgodzinach… Raz zdarzyła mi się sytuacja odwrotna – pisarz przeniósł swoją prywatną antypatię do mnie na konwent. Był zainteresowany wszystkim tylko nie tworzeniem punktów programu i bardzo ciężko przeżył to, że programu jednak wymagałam. Próbował nawet szantażować w tej kwestii głównego koordynatora… Finalnie obraził się i odwołał swój przyjazd. Nie pojawił się już później na żadnym z organizowanych przeze mnie konwentów. Ale miałyśmy o Pyrkonie…

Jak zatem wygląda praca nad poukładaniem listy gości?
Swoją drogą, z tym pisaniem do żony było całkowicie serio i tylko w jednym z tych przypadków żona jest agentem. Uwzględniać trzeba też całkiem ciekawe rzeczy – jak poród klaczy, terminy wycieczek zagranicznych last minute… Oczywiście wszystko zapisuję, ale staram się polegać na pamięci, bo w takich notatkach można utonąć. No i kiedy już ze wszystkimi się skontaktujeę, to ustalamy program. I to jest labirynt. Reszta ekipy pyrkonowej się ze mnie śmiała, bo oni pracują od razu na SZIM-ie – SZIM to taki zajebisty program, gdzie metodą drag&drop ustawiasz sobie cegiełki, gdzie każda cegiełka to jeden punkt programu, a murek, który trzeba nimi zapełnić, jest taaaaakiiii duży! No a ja mam przed sobą dwie wielkie plansze, a do nich małymi kuleczkami – nie mam pojęcia, jak się nazywają, w „JAG-u” tłumaczyli to jako „glutki” – przyklejam karteczki. Wszystko tonie w kolorach, a ja układam te puzzle. I znów: jeden autor wyrwie się tylko na chwilę, więc mam do dyspozycji cztery godziny, w czasie których on zrobi trzy punkty. Inny nie wstaje przed południem. Kolejny wieczorem potrzebuje czasu na imprezowanie w knajpie konwentowej. Na fiszki nanoszę sobie te wszystkie informacje, więc potem odchylam taką karteczkę i sprawdzam, czy wisi w dobrym miejscu. A przecież jeszcze istotne są sale – która prelekcja ile osób przyciągnie, co musi mieć prime time, a co wrzucić dopiero po dwudziestej drugiej, bo dzieci nie powinny tego usłyszeć… A w tym wszystkim są panele dyskusyjne, na których autorów jest kilku naraz. I te panele cholernie utrudniają! Bo wiadomo – nie tylko kolidują ze wszystkim, co się da, ale nakładają się wytyczne wszystkich gości oraz prowadzącego panel, który przecież może prowadzić właśnie konkurs w sąsiednim bloku. To wychodzi później, jak już naniosę ten mój brudnopis do SZIM-a, bo wtedy program alarmuje, że mamy konflikt. I każda taka decyzja, każda przesunięta cegiełka to kolejne rozmowy. Bo kurde, przejmuję się tym i naprawdę mi zależy, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony.

To dobrze o tobie świadczy.
Możliwe, ale wiesz, godzin programu są dziesiątki, zgłoszeń setki – bo przecież program to nie tylko prelekcje gości, ale także uczestników. Staram się wcisnąć ich jak najwięcej, walczę o sale, próbuję uwzględnić każdą prośbę. Przy takiej skali myśli się statystykami: tylu i tylu gości, godzin programu, nitek programowych, uczestników… ale ja zawsze mam w głowie obraz każdej pojedynczej osoby, która włożyła wiele godzin pracy w swoją prelekcję i bardzo zależy jej, żeby odbyła się ona godzinę wcześniej albo odwrotnie – żeby odbyła się nawet w nocy, ale żeby tylko się zmieściła. Wiem, że mogłabym zapełnić cały program sławami, które wypchają ludźmi aulę po dach i nie oglądać się na nikogo innego, ale zdaję sobie sprawę z tego, że dla debiutanta, który właśnie żyje swoją pierwszą książkę, tak ważne jest móc pokazać ją światu. I że to on będzie przeżywał mocniej niż ktoś, kto odbywa właśnie swoje setne spotkanie autorskie. Zwłaszcza, że niektórzy autorzy są bardzo wrażliwi, nie do końca w siebie wierzą… Czasami ktoś do mnie pisze, że właśnie zwątpił, czy ma co pokazać publicznie, ponieważ ktoś bliski skrytykował konspekt prelekcji… Wtedy staram się pomóc. Kiedyś usłyszałam od jednego z autorów, że będzie jeździł tylko na moje konwenty, właśnie z tego powodu. Czasem ktoś po prostu potrzebuje się wygadać. Kiedy jest już po imprezie, jestem wyczerpana emocjonalnie, po wielu dniach niemal bez snu i jedzenia… Ale podziękowania i uściski doładowują baterie na full. Niestety edycji 2014 nie dałam rady dociągnąć do końca – działać na pełnych obrotach to jedno. Działać na pełnych obrotach z przewlekłą chorobą nie umiałam, choć bardzo chciałam zrobić ten pożegnalny konwent. Teraz już czuję, że mogłabym wracać do roboty. Jeśli znajdzie się jakiś wakat, bardzo chętnie znów zostanę konwentorobem. Takie doświadczenia uzależniają.

Czym pisarze muszą się wyróżnić, żeby otrzymać zaproszenie?
Jako debiutant, tak? Bo wiadomo, że najbardziej pomaga znane nazwisko (śmiech). Jeśli debiut jest głośny i udany, a we wszystkich recenzjach posypało się, że to nowa nadzieja polskiej fantastyki, to oczywiście duży plus. Zdarzały się takie przypadki, kiedy w autorze widziałam taki potencjał, że chciałam go ściagnąć od razu – niestety nie zawsze się udawało, nie każdy chce bywać na konwentach i nie każdy mieszka w Polsce. Druga sprawa to geografia – tak jak było przy Anecie – autorka z Torunia pisząca o Toruniu mogła się spodziewać zaproszenia na toruński konwent. Została przyjęta bardzo ciepło, więc inni organizatorzy mieli już cynk, że Anetę warto ściągać, bo to samograj. Konwent w Przemyślu raczej nie odezwie się do debiutanta ze Szczecina, bo równie dobrze mogą zaangażować środki i moce przerobowe na sprowadzenie gościa zagranicznego. Może się też zdarzyć, że autor utrafił w tematykę konwentu. Są imprezy postapokaliptyczne, skoncentrowane na klimatach tolkienowskich lub hard SF. Jeśli książka idealnie pasuje do wydarzenia, to szanse na zaproszenie rosną. No i na koniec: koszta – konwenty są organizowane przez wolontariuszy, cały budżet to wpływy z wejściówek oraz od sponsorów, czasem naprawdę niewielkie, więc liczy się każdą złotówkę. Energiczny debiutant może zaproponować, że nie zależy mu na zwrocie kosztów przejazdu i zapewnieniu noclegu, szukać go na własną rękę, przespać się na sali wspólnej lub u znajomych, ale oferuje ciekawe tematy prelekcji i udział w panelach dyskusyjnych. Prelekcje są ważne, ponieważ mogą przyciągnąć tematyką – jeśli zainteresujemy kogoś tym, jak opowiadamy, możemy zainteresować go tym, jak piszemy; z kolei na panel dyskusyjny przyjdą fani pozostałych dyskutantów i jest okazja, by skraść ich serca. Spotkania autorskie debiutantów na konwentach to zwykle niewypały i mało który organizator w ogóle się na nie zgadza. Można też zaproponować coś urozmaicającego – zorganizować LARP-a powiązanego tematycznie z książką, zaprosić fanów do przebrania się za bohaterów i zorganizowania kolorowego korowodu. Wreszcie – można dogadać z konwentem i wydawnictwem premierę lub prapremierę na imprezie. Może ona wyglądać rozmaicie, ale zdarzają się krótkie serie książek z dedykowaną okładką (np. stempelkiem „Copernicon poleca"). Fajny konkurs, w którym będą do wygrania, do tego parę egzemplarzy w sklepiku konwentowym… Premiera może zapewnić też specjalne miejsce w informatorze, dedykowane plakaty, dział na stronie. W takim wypadku konwent cieszy się unikalną atrakcją, a autor – promocją. Jak zapewne zauważyłaś, nie ma tu mowy o honorariach, pojawiają się raczej koszta. To niestety rzeczywistość – zwykle nie inwestuje się w niewiadome, więc najpierw autor musi się pokazać na kilku imprezach, zanim inne zaczną go zapraszać. Czasem też zaproszenia są warunkowe – wysyła się je wówczas do wydawnictw. Konwent oferuje, że zapewni młodemu autorowi status gościa, zadba, by miał możliwość dotarcia do publiczności i promocji, ale pod warunkiem, że wydawca weźmie na siebie koszty jego pobytu (czyli hotel i przejazd). Jeśli wydawca odmówi, autor może zadbać o to we własnym zakresie. Zazwyczaj barierą stawianą przez konwenty, by zainwestować w pisarza, są dwie-trzy wydane książki.

Czy jest jeszcze miejsce na polskim rynku dla nowych pisarzy, zwłaszcza pisarzy fantastyki? Jak wygląda na konwentach proporcja między świeżą krwią a starą gwardią?
Miejsce jest i będzie zawsze. Na upartego można by się zastanawiać, czy jest zapotrzebowanie – w końcu rocznie ukazują się tysiące książek, więc po co zwiększać tę pulę o kolejne setki. Ale w takim samym stopniu jak nie byłyby potrzebne nowe tytuły, nie byłyby też potrzebne wszystkie istniejące – w końcu czytanie nie jest zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych, można by się bez niego obyć. Ale skoro czytamy i chcemy czytać, to fajnie, że ktoś chce pisać. Debiutant, który będzie się bał, że nie ma dla niego miejsca między starą gwardią raczej nie odniesie sukcesu – musi czuć, że ma coś do opowiedzenia. Wróćmy jeszcze do Anety – debiutowała w 2012 roku, dopiero co. W tym roku ukazały się trzy jej powieści, jej nazwisko znaczy na rynku coraz więcej, czyli ewidentnie znalazła dla siebie miejsce, choć przecież nikt nie trzymał dla niej wakatu opisanego: „tu przydałaby nam się jakaś ruda debiutantka”. Co do proporcji na konwentach, trudno powiedzieć. Na pewno na dużych imprezach więcej jest osób znanych, ponieważ to one przyciągają uczestników, a więc są priorytetowymi gośćmi dla organizatorów. Ale są też imprezy kameralne, o frekwencji rzędu pięćdziesięciu – stu osób, gdzie gość jest jeden… Może się też zdarzyć, że zaproszony zostanie ktoś o małym dorobku literackim, ale już wcześniej znany z tego, że jest świetnym prelegentem.

Trzy książki w rok? Czy przy takim tempie pracy udało się utrzymać wysoką jakość produktu?
To nie było problemem, ponieważ Aneta poszła do wydawcy ze skończonymi trzema powieściami i konspektami trzech kolejnych. Na bieżąco musiała zajmować się tylko redakcją i wprowadzaniem poprawek. Dodatkowo jest to najbardziej systematyczna osoba, jaką znam – robi genialnie notatki i świetnie je kataloguje, w czym bez wątpienia widać jej doświadczenie z kariery akademickiej czy pracy jako archiwistka. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy-cztery książki rocznie to tempo dobre, ale nie nadzwyczajne – oczywiście wtedy, kiedy jest się pisarzem na pełen etat, a nie, kiedy kradnie się chwile wieczorami lub w weekendy. To wymaga sporej pracy nas sobą, rolą agenta jest także mobilizowanie do pracy. Trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy tym, żeby być na tyle stanowczym, żeby dać się usłyszeć i jednocześnie nie wywołać emocjonalnej reakcji, która sprawi, że autor rzuci słuchawką i pójdzie do kina. Na początku współpracy z Kubą miewałam takie chwile, że zawieszał się i potrzebował kopniaka, by wrócić do tekstu. Obecnie temat w zasadzie nie istnieje. Aneta jest niesamowicie zdyscyplinowana, a oboje pracują tak dużo, że raczej przypominam im o tym, że już piąta rano, czas spać, książka wytrzyma dzień dłużej bez nowego rozdziału. Różnica jest taka, że Aneta robi to systematycznie, skrupulatnie i dzień w dzień, bez urlopów, a Kuba zrywami. Zmieniła się za to częstotliwość i intensywność tych zrywów.

Czy jednak będąc tak blisko nich, nie tracisz obiektywizmu? Jesteś w stanie zachować dystans do ich twórczości i wytknąć błędy jak obcej osobie?
Na pewno nie jak obcej osobie, dlatego nie podjęłabym się redakcji ich książek. Na tym etapie już tylko udzielam wskazówek, redaktora zatrudnia wydawictwo i on wykonuje swoją pracę później. Zauważam jednak błędy – przydaje się doświadczenie zawodowe oraz warsztat ze studiów. Wybrałam językoznawstwo, ale to nie znaczy, że na przedmiotach literaturoznawczych drzemałam na ławce. Poetyka, teoria literatury, wiele godzin spędzonych nad literaturą współczesną, dawną, polską, światową i czeską procentuje. Prócz tego, że jestem przyjaciółką, jestem też fanką obojga – na tym zwykłym poziomie, na którym po prostu cieszę się, że czytam nowy tekst ulubionego autora. A fani są otwarci i radośni, ale też bywają bezlitośni, gdy pojawią się zgrzyty. Jeśli coś na etapie beta-testów kompletnie do mnie nie trafia, to wtedy szukamy przyczyn. Bo jeśli wierny fan stylu i osobowości widzi, że coś nie gra, jest spora szansa, że był ku temu powód. O wiele prostsze jest redagowanie krótkich tekstów – jak notki blogowe czy felietony. Z tym nie mam problemu.


Jeden z dowodów wdzięczności ze strony podopiecznych.


Właściwie skąd pomysł na poprawianie cudzych tekstów?
Jakoś tak… sam przyszedł. Najpierw pisałam i to o pisaniu marzyłam, potem coraz częściej wraz z grupkami znajomych wymienialiśmy się tekstami, nanosiliśmy krytyczne uwagi. Tuż przed liceum zarejestrowałam się na społecznościowym serwisie osób piszących wspólnie. Uznałam, że to fajna zabawa i ćwiczenie: wcielać się w różne style, wstrzelać się w cudze pomysły, obserwować, jak ktoś rozwija moje. Spędziłam na stronie może tydzień, kiedy okazało się, że jedna z moderatorek odchodzi. Inna zauważyła, że piszę bardzo poprawnie i zaproponowała robienie korekt w miejsce tamtej. Zgodziłam się. Z czasem wciągnęłam w to inne osoby, stara gwardia się wykruszała i po trzech latach prowadziłam team, który zwerbowałam od początku do końca sama. Mogę się pochwalić, że wybranie mnie na szefową zespołu było inicjatywą oddolną – to fajne wyróżnienie. Cały czas dokształcałam się i uznałam, że to ciekawa perspektywa na przyszłość. Przez całe LO byłam redaktor naczelną gazetki szkolnej „Absolwent”, w której o poprawność tekstów na zmianę dbaliśmy poloniści i ja sama. Zajmowałam się też składem, której to czynności od tego czasu starannie unikam. Do tego stopnia, że wolałam nauczyć zarówno obecnego partera, jak i wcześniej poprzedniego chłopaka, jak się to robi, żeby tylko nie musieć się tym zajmować nawet w nagłych wypadkach. Pamiętam, jak się wzruszyłam, gdy dwa lata temu zajrzałam na stronę szkoły i okazało się, że gazetka wciąż się ukazywała! To znaczy, że przetrwała niemal dziesięć lat. Choć szkoda trochę, że próby czasu nie przetrwały charakterystyczne elementy – jak dyskretny znak procenta po numerze, rosyjskie pseudonimy wszystkich redaktorów oraz perełki nauczycielskie jako humor. Wynotowywała je skrupulatnie cała redakcja, a nauczyciele zgadywali, czyj lapsus padł z czyich ust i próbowali nas przyłapać na zbieraniu materiału. Raz wpadłam i dziennik prawie poleciał w moją stronę…
Stąd wziął się pomysł na filologiczny kierunek studiów i specjalizacja wydawnicza. Starałam się także o miejsce na dziennikarskiej, dostałam się na obie, ale uznałam, że ta jest mi bliższa. Nie żałowałam tego wyboru nawet przez minutę. Mieliśmy bogaty, ciekawy program, fajnych wykładowców i zgraną grupę. Mój rocznik założył Koło Edytorów „Trantiputl”, działaliśmy wyjątkowo prężnie. Redagowaliśmy i składaliśmy nie tylko rozmaite czasopisma akademickie, ale także publikacje pokonferencyjne. Przeprowadzaliśmy także dodatkowe wykłady dla młodszych roczników, każdy z założycieli Koła miał pod opieką dwoje młodszych studentów, których wdrażał do zawodu. Pracowaliśmy w takich trójkach. Wysyłaliśmy reprezentację na konferencje, współpracowaliśmy z kołami z innych miast. Do dziś noszę naszą koszulkę.

Wspomniałaś wcześniej, że pracowałaś z różnymi wydawnictwami. Czy możesz nam powiedzieć, czym polski rynek wydawniczy różni się od światowego?
Co masz na myśli, mówiąc „światowy”? Przykładowo w Czechach czytelnictwo jest czterokrotnie większe, więc łatwiej sprzedać dowolny tytuł. Traktując „światowy” bardziej jako „anglojęzyczny” (rozszerzony o książki, których angielskie tłumaczenia odniosły sukces) – nakładami, pieniędzmi… Obecnością agentów – zatrudnianie ich jest oczywiste. Wszyscy powtarzają mit o J.K. Rowling, która była tak biedna, że pisała na serwetkach, tułała się od oficyny do oficyny, aż w końcu ktoś zaryzykował i opublikował powieść dla dzieci autorstwa samotnej matki. Mało kto jednak pamięta, że kiedy Rowling odrzucano, zatrudniła agenta, Christophera Little’a, który znalazł jej wydawcę. (Jak i o tym, że na serwetkach zdarzało jej się pisać nie dlatego, że nie stać jej było na papier, tylko że czasem pomysły przychodziły jej do głowy, kiedy nie miała przy sobie notatnika. Ale to całkiem uroczy mit, więc nie pozwólmy prawdzie zabić dobrej historii…)
Zaliczki za książki w Polsce nie sprawiają, że ktoś staje się nagle ustawiony na dłuższy czas, a co najwyżej, że ma miesiąc względnego spokoju. Oczywiście o ile w ogóle zaliczkę dostanie… Debiutanci zazwyczaj nie mają na co liczyć. Tantiemy z kolei spływają wolno i nie są oszałamiające. Status pisarza bestsellerów pozwala spokojnie wyżyć z pisania, ale kredyt na mieszkanie czy samochód nadal będzie potrzebny, tak jak każdemu statystycznemu śmiertelnikowi… Bardzo okrojone są też budżety na promocję, która niestety często nie wychodzi ponad: „wykupimy bannery na paru portalach i wyślemy autora do trzech empików, gdzieś między Nergalem a Donatanem”. Początkujący pisarz niespecjalnie może także liczyć na płatne spotkania autorskie – kiedy przychodzi do rozdysponowania skromnych grantów, bezpieczniej inwestować w sprawdzone nazwiska, eventowe samograje, a nie w wielką niewiadomą. Jeśli autor chce, żeby coś się wokół niego działo, musi sam się o to postarać. To kolejna z rzeczy, jakie cenię w Anecie i Kubie – chce im się, mają nietuzinkowe pomysły i zapał do ich realizacji. Z okazji premiery drugiego tomu serii o Dorze odbył się koncert PRL Jamu, na którym serwowano darmowe drinki zmieszane według przepisu autorki. U Jakuba z kolei pojawiło się Rock&Read Festival, do którego jeszcze wrócę, bo to temat na dłuższą rozmowę, ale świetny był dla mnie pomysł Tramwaju do piekła. Głośna muzyka, ekipa w dreszczowych koszulkach zapraszająca na przystankach do wspólnej zabawy. Wszyscy roztańczeni i rozśpiewani oraz szansa poznania autora w nietypowej sytuacji. A wszystko w pierwszy dzień wiosny.

Co myślisz o listach bestsellerów? Czy przekładają się na jakość promowanych książek? Czy odzwierciedlają rzeczywiste wyniki sprzedaży?
Lista bestsellerów siłą rzeczy odzwierciedla wyniki sprzedaży, bo właśnie na wysokości sprzedaży opiera się jej zawartość. Chyba że pytasz, czy wyniki nie są fałszowane. Cóż, nie mam danych ani kompetencji, by to sprawdzić, więc dopóki ktoś nie udowodni jakichś przekrętów w sądzie, nie zamierzam powielać teorii spiskowych. Istnieje oczywiście sposób zdobycia topki – wystarczy samemu wykupić pierwszy nakład… Gwarantuje to dodruk i solidne zatowarowanie sieci, ponieważ książka musi być automatycznie dostępna w każdym salonie, z kolei obecność na topce podbija widoczność tytułu. Ale czy ktokolwiek naprawdę się w to bawi? Nie mam pojęcia, nie hackuję sklepowych systemów. Wiem tylko, że metoda jest naprawdę stara. W dawnych czasach wysyłało się kogoś podstawionego do księgarni, by pytał o książkę, która jest absolutnie niedostępna i nieznana. Ta osoba oferowała płatność nawet dolarami, byle tylko zdobyć dany tytuł… I tak sobie chodziła od księgarni do księgarni, wywołując wrażenie: „skoro to jest aż tak dobre, to możemy zbić niezłą kasę i może lepiej sprowadźmy!”. W kwestii jakości – na listy trafiają bardzo dobre i bardzo złe książki, trafiają też całkowicie przeciętne. Absolutnie nie kierowałabym się nimi przy kupnie czegoś w ciemno, bo to takie samo losowanie, jak sięgnięcie po dowolną książkę z półki. Można trafić na perełkę, można na makulaturę…

Kradzieże tekstów przez wydawnictwa, których tak obawiają się niektórzy początkujący autorzy, to fakt czy mit?W życiu nie słyszałam o takiej sytuacji, kiedy wydawca dostał tekst od debiutanta, uznał, że zajebisty i wydał pod czyimś nazwiskiem. To urban legend… Po co zresztą wydawca miałby coś takiego zrobić? O wiele łatwiej promować książkę, mając autora. Dodatkowo wydanie jednego tomu zwyczajnie się nie opłaca, o wiele lepiej mieć serię, a o tej w takiej sytuacji nie ma co marzyć. No i będę brutalna – większość nadsyłanych tekstów zwyczajnie jest zbyt słaba, by komukolwiek chciało się je kraść. I bardzo często zdarza się, że to właśnie ich autorzy snują teorie o kradzieży dzieła…
O wiele bardziej realna jest inna sytuacja – kiedy ktoś przyjdzie do wydawnictwa z już skradzionym tekstem. Ostatnio głośna jest sprawa książki, która jest przerobionym i przywłaszczonym blogiem. Podpisując umowę wydawniczą, autor oświadcza na piśmie, że tekst nie posiada usterek prawnych i bierze on na siebie pełną odpowiedzialność, także w wypadku wykrycia plagiatu. Jeśli zaś plagiat się wykryje, to winą obarcza się wydawnictwo. Warto jednak pamiętać o tym, że żadna firma nie zatrudnia detektywów, którzy przeprowadzą śledztwo nad każdym maszynopisem, weryfikacją oryginalności tekstu zajmuje się co najwyżej redaktor, równolegle z pracą nad kształtem całości i siłą rzeczy jest on ograniczony do własnego zasobu wiedzy. Programy antyplagiatowe to z kolei realia świat akademickiego, nie beletrystyki. Plagiat może się przemknąć przez sito wydawnicze, ponieważ o ile po fakcie czasem bardzo łatwo znaleźć powiązania, to sprawdza się to z pozycji osoby, która wie, czego szukać. Oczywiście nie zmienia to tego, jak paskudną sprawą jest kradzież własności intelektualnej, ale przykro mi, kiedy na wydawcę spadają naprawdę solidne gromy. Często zapomina się, że on także jest tu stroną poszkodowaną – zainwestował w pracę redaktora, korektora, grafika, czasem ilustratora i tłumacza. Zapłacił za druk, skupił się na marketingu książki, a następnie odkrywa, że można ją wyłącznie wycofać z magazynów. Wiadomo, że wydawca może zachować się lepiej lub gorzej, ale to przykre, że jego nerwowa reakcja w sytuacji kryzysowej prowadzi do usprawiedliwienia ataków na jedną z ofiar plagiatora. To wydawca cierpi najbardziej zaraz po okradzionym pisarzu. Dochodzi jeszcze kwestia procesu – sprawa może zostać umorzona ze względu na niską szkodliwość czynu i wtedy pozostaje długa walka o sprawiedliwość z powództwa cywilnego.

Co myślisz o wydawnictwach typu self-pub?
Zastanawiam się, jak można być tak wyrachowanym dupkiem, żeby cynicznie zarabiać na wykorzystywaniu czyichś marzeń.

Co masz na myśli?
Firmy zajmujące się drukiem na żądanie zwyczajnie okłamują swoich klientów. Wmawiają im, że ci dostają pełnowartościowy produkt, że wydają książkę dokładnie tak samo jak robi się to w klasycznych wydawnictwach. Zazwyczaj natomiast (może istnieje jakis chlubny wyjątek, ale nie spotkałam się z nim…) nie są to tak naprawdę wydawnictwa, tylko zwykłe drukarnie, które absolutnie ignorują jakość tekstu, opracowują go po łebkach – o ile w ogóle, bo znalazłam też takie, gdzie korekta (bo o redakcji w ogóle nikt nie słyszał…) jest wpisana jako dodatkowa usługa, płatna ekstra. Marketing takich książek praktycznie nie istnieje, bo i po co? Nakłady są niskie, więc nie ma mowy o dostępności. Wydawca nie zarabia na sprzedaży książki, tylko na tym, co wyciągnie od autora, więc nie zależy mu na niczym więcej. Sprzeda się cokolwiek? To dobrze, będzie premia. Ale on swoje zarobił już wcześniej. Ofiarami takich wydawnictw padają głównie młode osoby, z jednej strony pozbawione wiedzy o rynku, z drugiej – z jakimiś szczątkowymi informacjami wyniesionymi ze szkoły, jak o tym, że jakiś poeta zmarł z głodu, bo nie miał pieniędzy na wydanie tomiku… Z powodu takich strzępków pokutuje w nas świadomość, że za wydanie książki autor musi zapłacić. To największa możliwa bzdura! Za wydanie książki płaci się autorowi. Wówczas w interesie wydawcy jest sprzedać książkę jak najlepiej, bo na tym opiera się jego własny zysk. I przykro mi strasznie na myśl o tych wszystkich oszukanych osobach, które były pewne, że złapały Pana Boga za nogi i spełniły swoje marzenie, by następnie spotkać się z brutalną prawdą – o ich książce nie usłyszy pies z kulawą nogą, a jeśli usłyszy, to zapewne zjedzie ją przeogromnie, bo praca z redaktorem dla debiutanta jest cholernie ważnym doświadczeniem. Nie tylko ratuje konkretny tekst, ale też wiele uczy o własnych błędach i ograniczeniach. Nie da się tego przepracować bez doświadczonej osoby z zewnątrz. A jak wiadomo, złe recenzje zostają w sieci na zawsze… Może to skutecznie zniechęcać zarówno przyszłych wydawców, jak i potencjalnych czytelników. No i debiut… Fajnie móc swój debiut wspominać dobrze. To jak z pierwszym razem, wrażenie, które zostaje w człowieku na zawsze. Niefajnie przeżyć je w zarzyganym kiblu…
Opowiem Ci osobistą anegdotkę – w końcu najlepszym sposobem na wytrącenie broni z rąk krytyków jest uprzedzić ich w wyszukaniu kompromitujących informacji. Jako dzieciak padłam ofiarą takiego wydawnictwa. Wraz z grupą znajomych pisaliśmy opowiadanie online, na serwisie, o którym wspomniałam wcześniej. Każdy pisał po kawałku, tekst powstawał bez jakiegokolwiek konspektu poza ogólnymi wytycznymi – taka była idea tego miejsca – tak więc wprowadzona przez Ciebie postać dziesiątego planu mogła bez Twojej intencji awansować na jednego z głównych bohaterów. No i właściciel portalu zaproponował nam wydanie tekstu w postaci książki. Kazał nie martwić się redakcją, skupić się wyłącznie na skończeniu opowiadania – które było wówczas gotowe mniej więcej w trzech czwartych. Tak się złożyło, że większość serwisowych moderatorów była zarazem współautorami, więc miało nam to zagwarantować więcej czasu na pisanie. Redakcję i korektę miało zapewnić wydawnictwo. Dziewczyna, która zapoczątkowała projekt, zapaliła się niesamowicie – w końcu miała szesnaście lat i miała debiutować w poważnym wydawnictwie! Propozycja brzmiała sensownie – facet miał tytuł naukowy, wykładał na uczelni, był autorem kilkunastu książek i właśnie otwierał własną oficynę, a naszą książką chciał inaugurować rozpoczęcie działalności. Widać nie dostaliśmy jeszcze wtedy solidnie w skórę od życia i podchodziliśmy do niego z ufnością – skoro facet jest obecny na rynku jako autor, wie, jak to działa, prawda? W naszej dziesiątce były może dwie – trzy osoby pełnoletnie. W końcu zgadaliśmy się, że opcja jest fajna, przyłożymy się, skończymy tekst, a potem poważnie go przeredagujemy – wyrównamy style, coś przytniemy, coś dodamy, by całość była spójna. Potem praca z profesjonalną redakcją i korektą, która sama w sobie miała być równie wielką frajdą jak samo wydanie. „Wydawca” poinformował nas, że normalnie wydanie książki to koszt tysiąca złotych, ale jako że to tak unikatowy projekt, on weźmie od nas tylko połowę. Wyszło pięć dych na głowę, czyli do zaryzykowania, nawet jeśli zyski się nie pojawią. Obecnie wydanie self–publishingowej książki może kosztować dziesięć razy tyle, co naprawdę mnie przeraża, zwłaszcza że autor zazwyczaj nie ma się z kim dzielić kosztami… Historie osób, które zaciągnęły kredyt, by jak Rowling zarobić na swojej wypieszczonej książce, naprawdę mrożą mi krew w żyłach. Wracając do historii – pocztą przyszły do nas umowy. Pewnego pięknego dnia moi rodzice podpisali tenże dokument, wysłałam go poleconym… a nazajutrz w skrzynce miałam egzemplarz książki. Wysłany nawet nie priorytetem, a więc nadany, zanim w ogóle przeczytaliśmy dokument! Potem okazało się, że byłam jedną z pierwszych osób, które umowę odesłały…

Otrzymałaś książkę już następnego dnia…? W jakim była stanie?
Książka wydana była straszliwie. Tekst nie był nawet wyjustowany, wyglądał jak wydrukowany prosto z edytora tekstu. Jako korekta figurował „zespół moderatorów serwisu” oraz sam „wydawca”, z zawodu i wykształcenia informatyk… Parę rzeczy, owszem, pozmieniał – z dobrego na złe. Okładka była straszliwa – jakieś zdjęcie ze stocka niemające absolutnie nic wspólnego z treścią, z napisami dodanymi prawdopodobnie w Paincie. Zamiast logo wydawnictwa pojawił się adres internetowy, gdzieś w to wszystko upchnięty został miniaturowy screen strony. Jakby tego było mało, jako „bonus” w książce pojawił się reportaż o społeczności portalu – autorstwa, oczywiście, naszego wspaniałego „wydawcy”. Warsztatowo był tak tragiczny, że nie było wiadomo, czy wybuchnąć śmiechem, czy spalić się z zażenowania… Zwieńczeniem była galeria – screenów ze strony, oczywiście. Były to fragmenty cudzych tekstów, całkowicie czytelnych, avatary – będące także autorstwa użytkowników. A do tego wszystkiego mapka z zaznaczonymi miastami zamieszkania niektórych z nich. Problem polegał na tym, że dane do mapki admin wyciągnął z rozmów na czacie, a nie wszystkie osoby kompletnie niezwiązane życzyły sobie publikacji drukiem takich danych. Także o wykorzystanie ich opowiadań nie raczył nawet zapytać. Po prostu wysłał im prywatną wiadomość zachęcającą do kupna książki… bo czeka tam na nich niespodzianka. Uważał to za dobry pomysł marketingowy.
Dystrybucja była oszałamiająca – jedna księgarnia internetowa (siedem lat temu!), jeden sklepik w Poznaniu oraz empik. To ostatnie brzmi dumnie, ale nie wymaga wielkiej filozofii przeliczenie, ile egzemplarzy mogłoby przypaść na salon. Nikt nie przejmował się wystawianiem ich na półki, lądowały w magazynie, a obsługa sklepu zakłada, że jeśli dostępny jest jeden egzemplarz, to prawdopodobnie jest to błąd systemu, zresztą pojedyncza książeczka pewnie i tak już zaginęła.

Nie trafiła więc do nikogo, poza autorami?
Ukazała się nawet jedna recenzja naszego dzieła, całkiem pozytywna, choć niepozbawiona szpilki wbitej w ego „wydawcy” zachwyconego jakością swojej pracy. Uważam ją za najsympatyczniejszy element całej tej historii – otóż wiele lat później pseudonim jednego z moich znajomych wydał mi się – nomen omen – znajomy. Wyszukałam ten stareńki tekst i okazało się, że trafiłam. Całkowicie anonimowa dla mnie wówczas osoba okazała się kimś, kogo poznałam znacznie później… i kto pracuje obecnie m.in. w redakcji „Nowej Fantastyki”.
Wisienką na torcie tego wspaniałego przedsięwzięcia mogliśmy jednak nacieszyć się dopiero po upływie około dwóch lat. Wtedy to zetknęłam się z jedną ze współautorek, najstarszą w tamtej ekipie. Okazało się, że ona jedna miała solidne wątpliwości od samego początku, ale nie skontaktowała się z nami, ponieważ z powodu przeprowadzki… nie miała dostępu do sieci. Nigdy nie odesłała podpisanej umowy – ponieważ zignorowana została jej prośba o wstrzymanie się do czasu, aż zamieszka w nowym domu i druk zaginął pod starym adresem… Nie otrzymała także egzemplarza autorskiego. O tym, że książka jednak została wydana, dowiedziała się przypadkiem z sieci. Jest to więc przypadek kradzieży tekstu przez wydawcę – nawiązując do wcześniejszego pytania – jednak nie taki, którego można się obawiać. Przede wszystkim trudno to jednoosobowe wydawnictwo uważać tak naprawdę za istniejącą oficynę, skoro związku z branżą nie miało ono absolutnie żadnego, a sygnałem alarmowym powinna być już liczba dotychczas wydanych pozycji. No i nie była to kradzież rozmyślna, mająca wywołać wzbogacenie się czyimś kosztem. „Wydawca” był najzwyczajniej w świecie tak głupi, że uznał, iż wstępna zgoda na przesłanie umowy do przejrzenia jest wiążąca, można na jej podstawie drukować, a autorka, bez wątpienia skacząc z radości, bo ujrzała swoje nazwisko na okładce, natychmiast uzupełni formalności. Dziewczyna miała na ten temat nieco inne zdanie, a jej prawnik zażądał wycofania książki z obiegu. Nie, żeby było za bardzo co wycofywać… ale tak oto projekt umarł definitywnie.
Tyle że w tamtym przypadku mam świadomość, że fuszerka wynikała z zarozumiałości i arogancji. Facet naprawdę był pewien, że odniesie spektakularny sukces i zarobi krocie, a potem obraził się na wszystkich za swoje zawiedzione nadzieje. Inne firmy zrobiły z takiego podejścia sposób na życie…

Jak wobec tego debiutanci powinni pracować nad wybiciem się? Jakie błędy popełniają najczęściej?
Wspominałam już trochę o tym, mówiąc, co mogą zrobić, by zaistnieć na konwentach. Rozwijając to trochę – starać się pojawiać jak najwięcej, spotykać z fanami, szukać form ciekawszych niż klasyczne spotkania autorskie. Czymś takim może być prelekcja na chwytliwy temat, ale też tematyczna impreza w pubie. Oczywiście największe wrażenie wywołują rzeczy innowacyjne, których nie miał nikt wcześniej. Fajnie wykorzystać własne umiejętności. Jeśli ktoś napisał książkę o spadochroniarstwie i sam się tym zajmuje, na pewno zrobi wrażenie, rozpoczynając spotkanie od skoku.
Dobrze też pamiętać o sieci. Ciekawy blog lub strona, szczególnie z działem bonusowych opowiadań, może przyciągnąć nowych czytelników oraz pomóc zbudować relacje z tymi, którzy już po książkę sięgnęli, a teraz chcą więcej. Tematyka wcale nie musi dotyczyć bezpośrednio twórczości, może pokazywać inną twarz autora, budować jego wizerunek. Ciekawostki z mikrobiologii albo perełki z pracy tłumacza mogą być tak samo interesujące.
Warto istnieć w mediach społecznościowych. Premiera pierwszej książki to dobry moment na założenie oficjalnego profilu – nawet jeśli z początku może wydawać się to zabawne lub niezręczne, a licznik fanów zatrzyma się na kilkunastu, będzie to punkt, do którego kierować będą się czytelnicy poszukujący kontaktu z autorem lub informacji o nim. To świetne miejsce, by gromadzić linki do recenzji, wywiadów, konkursów, informacji o eventach, publikować fanarty… Wraz z upływem czasu pojawić się może grupa fanów, wierniejszych, bardziej oddanych, chętnych do pomocy. Warto ich poznać i docenić. Jeśli przyjrzysz się, zobaczysz kogoś takiego przy wielu twórcach – czasem są to pojedyncze osoby, czasem całe portale, które odzywają się z propozycją prowadzenia bloga albo z którymi już wcześniej autor współpracował i obecnie są dumne, więc starają się pomóc, pojawiają się też sformalizowane fankluby. Z takiego połączenia mogą rodzić się niesamowite pomysły. A może autor potrafi rysować i byłby w stanie przygotować galerię postaci lub paski komiksowe na stronę? Albo przyjaźni się z ilustratorem? Takie relacje bywają motywujące i rozwijające dla obu stron. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech obejrzy prace Magdaleny Babińskiej inspirowane twórczością Anety i Kuby. Ten drugi zresztą może pochwalić się naprawdę bogatą galerią: jego postaci przywoływali już do życia tacy twórcy jak Robert Adler, Robert Sienicki czy Michał Śledziński, oraz spore grono ilustratorów, którzy dopiero zaczynali i rozkwitali na naszych oczach. Najwyraźniejszym tego przykładem jest Iwo Strzelecki, ale łatwo znaleźć także inne nazwiska.


Dora Wilk w dwóch wizjach artystycznych Magdy Babińskiej (w tle) i Iwo Strzeleckiego (na koszulce).


Oczywiście cenne jest także przede wszystkim pokazywanie się – nie tylko personalnie, ale i twórczo. Warto publikować w czasopismach papierowych lub sieciowych, zarówno felietony, jak i opowiadania.
Błędem jest z pewnością pozostawianie wszystkiego własnemu losowi i zasłanianie się fałszywą skromnością, ale też przekonanie, że po publikacji to już z górki i wszystko inne zrobi się samo.

Mówisz o sprawach, które dzieją się po debiucie, a jeśli ktoś jeszcze nie wysłał tekstu?
Absolutną podstawą jest czytać dział „kontakt” na stronie wydawnictwa. Rozmawiałam kiedyś z dziewczyną, która napisała powieść fantasy dla dzieci. Żaliła mi się, że wydawcy ją ignorują i od nikogo nie doczekała się odpowiedzi. Poprosiłam o nazwy wydawnictw, do których napisała i sprawdziłam wszystkie. Zawierały kolejno adnotacje: „nie wydajemy debiutów”, „nie wydajemy fantastyki”, „nie wydajemy beletrystyki”, „nie wydajemy prozy polskiej” oraz „nie wydajemy literatury dziecięcej”. Stuprocentowa skuteczność, jakby grała w bingo. I to był koniec listy, po której się poddała… Kiedy zapytałam, dlaczego nie przeczytała informacji umieszczonej tuż obok redakcyjnego maila, powiedziała, że samo wysłanie książki było dla niej tak stresujące, że na niczym nie mogła się skupić. W ten sposób pogrąża się własne szanse.
Kolejne błędy są równie trywialne – brak podania namiarów albo chociażby nazwiska w mailu, temat brzmiący „Moja książka” albo „Propozycja wydawnicza” (a powinny się w niej pojawić tytuł i nazwisko autora, żeby ułatwić późniejsze wyszukiwanie w tysiącach maili). Podobnie jest z tytułowaniem plików – nie „Opowiadanie” czy „Powieść – final”, potrzebne dane to nazwisko autora i tytuł tekstu. Pożądany format to .rtf jako najbardziej uniwersalny (chyba że wydawca podaje własne preferencje). Dokładne dane powinny pojawić się także w samym pliku, ponieważ czasami te są przechowywane oddzielnie, a maile regularnie kasowane. Jeśli nawet komuś sposoba się tekst, a nie będzie miał możliwości skontaktowania się z autorem, to szansa na publikację przepadnie. Wydawcy potrzebne są imię i nazwisko, adres korespondencyjny oraz mailowy i telefon. Nie powinno się przesadzać też w drugą stronę – na tym etapie podanie numeru konta wygląda dziwnie. Dane umieszcza się na początku i na końcu – na wypadek przechowywania wydruków. Powodem tej praktyki jest to, iż często zdarzało się, że pierwsza strona ginęła, nim tekst został zaakceptowany.
Sam mail oczywiście powinien być nienaganny – błędy ortograficzne albo co gorsza składniowe ze sporą szansą zdyskwalifikują tekst jeszcze przed pobraniem załącznika. Warto krótko przedstawić siebie i tekst tak, aby zainteresować, ale lanie wody jest niemile widziane. Niektórzy, chcąc się asekurować w ramach potencjalnej odmowy, zaznaczają, że to nie jest ich najlepszy utwór. W tym momencie odpadają, ponieważ kto chce inwestować w coś, co jest poniżej możliwości autora? Zdarzają się też perełki, jak groźby karalne sugerujące, co stanie się z wydawcą, jeśli tekst odrzuci. Dla odmiany deklaracje, że to wprawdzie pierwszy rozdział, ale zaplanowana jest trzydziestotomowa saga, są naprawdę częste. Nigdy nie wysyłamy fragmentu książki, chyba że wydawca wyraźnie zaznaczył takie życzenie na stronie. Powieść czy zbiór opowiadań mają wartość wyłącznie jako całość – co z tego, że ktoś napisał obiecujący wstęp, skoro nie wiadomo, czy potrafi przejść do rozwinięcia i zakończenia? Dobrze za to dołączyć konspekt – krótki i rzeczowy, nakreślający fabułę, absolutnie bez dopisków w stylu: „ale pointy nie zdradzę, bo to popsułoby zabawę”. Wysłanie seryjnego maila do kilkunastu różnych wydawców skutkuje brakiem zainteresowania wszystkich spośród nich.

Co warto wysyłać?
Tradycyjnie przyjmuje się, że droga do debiutu w fantastyce rozpoczyna się publikacją opowiadań w prasie branżowej i w antologiach, a dopiero później powinno się próbować publikować powieść. Praktyka pokazuje jednak, że wielu twórców wcale nie przeszło tej ścieżki i nie przeszkodziła im ona w debiucie, zdarza się też, że wcześniej publikowane opowiadania dotyczyły zupełnie innego gatunku i nikt nie potrafi powiązać z autorem. Względnie, że opowiadania i powieść dzieliła długa przerwa…
Mimo to nadal jest to jedna z dróg do wyrabiania nazwiska, choć mam wrażenie, że powoli odchodząca do lamusa, z racji tego, że czasopism literackich na naszym rynku ubywa (choć fantastyka w porównaniu do całej reszty i tak ma się świetnie). Można publikować w sieci, ale działalność konwentowa jest także mile widziana. Sprawia ona, że można mieć fanów jeszcze przed napisaniem pierwszej linijki, co siłą rzeczy zwiększa szansę na zainteresowanie tekstem.
Można także wysłać opowiadanie do wydawnictwa książkowego, ale to niewielka szansa na druk. Może się jednak zdarzyć, że oficyna pracuje właśnie nad antologią, do której tekst pasuje tematyczne albo że jest tak dobry, że autor spotka się z pytaniem o rozwinięcie tekstu do rozmiarów książki lub dopisanie kolejnych opowiadań tak, by powstał zbiorek. Warto śledzić konkursy, w których nagrodą jest publikacja, szczególnie jeśli znajdą się w niej także popularni twórcy.
Także przy debiucie książkowym istnieje konkretny model, który zwiększa szanse powodzenia. Powinna być to powieść lub zbiór powiązanych ze sobą opowiadań – o wiele mniejszą popularnością cieszą się pozycje łączące teksty całkowicie niezależne. Wydaje się je na późniejszym etapie kariery, na przykład jako podsumowanie twórczości wydanej na przestrzeni kilku lat w czasopismach, uzupełnione o premierowe utwory.
Ryzykowny może być zarówno pojedynczy tytuł, jak i długi cykl – deklaracja, że to pierwszy tom z dwudziestu planowanych raczej odstraszy czytelnika, z kolei jedna powieść może błysnąć i szybko zniknąć ze świadomości. Ideałem jest książka, którą można czytać samodzielnie, ale zostawia wyjście do kontynuacji. Czytelnicy lubią cykle. Nie jest niczym dziwnym, że przywołanie nazwiska Ćwiek wywołuje skojarzenia z Lokim, Andrzej Sapkowski ma Geralta, Andrzej Pilipiuk – Jakuba Wędrowycza, Maja Lidia Kossakowska – Daimona Freya; u Jarosława Grzędowicza pojawi się Vuko Drakkainen, a u Rafała Kosika obecni są Felix, Net i Nika. Można oczywiście męczyć się w szufladce i nie zamykać na różnorodność, ale marketingowo najbezpieczniejszy jest autor, który ma swój sztandarowy cykl, szczególnie na początku, gdy tworzy się jego czytelnicza baza. Aneta byłaby przykładem debiutu idealnego – przyniosła serię (choć ryzykowną objętościowo, sześć tomów to dużo), której trzy tomy były już gotowe, a kolejne – zaplanowane. Teraz, gdy świętuje premierę ostatniej książki z heksalogii, ma już w zapasie kolejne teksty i wciąż nie ucieka ze swojego uniwersum. Zmienia klimat książek i bohaterów, ale wciąż na dalszym planie pozostają znajome miejsca, a Dora może zadzwonić w każdej chwili. Kiedy liczyłyśmy historie, które siedzą jej w głowie, wyszło nam, że spin-offy serii zajmą co najmniej osiem kolejnych książek. Żadnych (pomijając wskazaną już długość pierwotnego cyklu) ryzykownych eksperymentów. Sądzę, że wielu wydawców dałoby sobie odrąbać prawicę za takiego autora.
Ważna jest także systematyczność – pamięć odbiorców nie trwa wiecznie, dobrze wydać drugą książkę najpóźniej rok po pierwszej i utrzymywać ten odstęp. Dłuższa przerwa może sprawiać, że cała machina promocyjna musi ruszyć niemal od zera, co generuje większe koszta dla wydawcy i trudniejszą pracę do wykonania. Idealna częstotliwość publikacji to dwa-trzy tomy rocznie, akurat tyle, by nie przesycić sobą czytelnika. Jedna książka na urodziny, druga na imieniny, trzecia pod choinkę. Można zaryzykować jeszcze z tym, czy czwartą uniesie zajączek wielkanocny, ale szybsze tempo byłoby już niekorzystne.

Czy publikowanie w sieci może zaprzepaścić szanse wydania tego samego tekstu w wydawnictwie?
Niemal stuprocentowo. Bardzo rzadko zdarzają się przypadki wydania bloga drukiem, ale po pierwsze są to wyjątki, po drugie ich główną siłą marketingową jest właśnie to, że to druk bloga. Tyle że teraz blogi nie są już nowością, więc i świeżość pomysłu przepadła. Z punktu widzenia wydawcy – po co płacić za coś, co już jest dostępne za darmo i właśnie odpadła nam jakaś pula potencjalnych czytelników?

Co myślisz o nowych metodach promowania książek, o tworzeniu multimedialnych zwiastunów?
To chyba oczywiste, że je kocham? Przecież właśnie czymś takim się zajmuję! Nie lubię literackiego snobizmu, ignorowania innych form, podejścia, że jeśli ktoś lubi czytać, to musi być bardziej wartościowy od kogoś, kto ceni kino. Chętnie bagatelizujemy seriale, literaturę rozrywkową, a to przecież tak ważna część kultury i naszego życia. Klasyki, którymi się chętnie zaczytujemy, to w swoich czasach były tak zwane pogardliwie czytadła. Powagi dodały im lata, ich wartość literacka może być dyskusyjna, ale przecież kochamy te ramotki! Już pomijając to, że teksty mają warstwy i tylko najbardziej zewnętrzna z nich może być czysto rozrywkowa, to przyjmijmy na chwilę, że jakaś książka nie ma żadnych walorów poza dostarczaniem rozrywki. To przecież zapewnianie komuś emocji i to tych najbardziej pozytywnych. Napisać dobrą książkę rozrywkową wcale nie jest tak łatwo. Boli mnie bagatelizowanie tego. Trochę odpłynęłam, ale to dlatego, że bardzo podobne bywa nastawienie do tych wspomnianych innych form – zły jest serial, bo ma dużą oglądalność. Zły jest klip, bo to celowanie w nie dość ambitną publikę, bo ta ambitna przecież nie ma telewizora, a powiadomienia z Facebooka sprawdza tylko wtedy, kiedy w drugiej ręce trzyma stosownie zakurzone tomisko. Bardzo często za obraźliwe słowo jest uznawane hasło „komercja”. Ten i ten jest komercyjny, sprzedał się, więc jest dziwką. Powiedzmy sobie wprost: każdy autor się w jakimś sensie sprzedaje, ale to stwierdzenie po prostu nie jest pejoratywne. Napisał tekst, w który włożył mniejszy lub większy kawałek siebie, a teraz idzie z nim do ludzi, bierze za niego pieniądze. Gdyby nie chciał, żeby jego książka się sprzedawała, trzymałby ją w szufladzie i od czasu do czasu głaskał czule, ewentualnie udostępnił w sieci – choć tu także może mu się oberwać, że sprzedał się nie za pieniądze, a sławę. Pojawia się jednak czasem oczekiwanie, że owszem, ktoś może być popularny, ale mimochodem, odcinając się całkowicie i czekając, aż książka stanie się popularna bez jego udziału. Owszem, zdarzają się takie fenomeny, ale raz na parę lat. Można więc czekać na cud albo trochę temu szczęściu pomóc. Kupić kilka losów, by mieć szanse na wygraną na loterii… Oczywiście, nie każdy autor ma temperament gwiazdy rocka, potrafi przepychać się łokciami i walczyć o swoje. Niektórzy są wycofani i odżywają dopiero za pośrednictwem słowa pisanego. Wtedy dobrym rozwiązaniem może być agent lub asystent. Żeby jednak ich zatrudnić, trzeba wiedzieć, czego wymagać i jakie zadania zlecić. Mam nadzieję, że tym wywiadem trochę takich potrzeb nakreślę.

A wracając do zwiastunów?
Skoro już powiedziałam, dlaczego uważam, że komercja jest dobra i nie powinno się jej obawiać, rzeczywiście czas przejść od ogółu do szczegółu. Trudno, bym nie była zwolenniczką takich form promocji, skoro nawet sama w nich występuję. Uważam, że to rzeczy bardzo potrzebne. Żałuję wyłącznie, że żyją życiem głównie internetowym, fantastycznie byłoby oglądać je w telewizji. Bardzo rzadko można też spotkać billboardy reklamujące premiery, reklamy w metrze. Chciałabym, żeby było tego więcej, żeby interesujące informacje były dostępne, a nie wymagały przeszukiwania stron wielu wydawnictw. Oczywiście są dobre i złe zwiastuny, można nakręcić dobry zwiastun złej książki i odwrotnie. Bardzo lubiłam zwiastun „Fioletu” Magdy Kozak – będący uzupełnieniem okładki książki. Jestem fanką wszelkich dodatków w postaci aplikacji czy QR kodów, publikowania w sieci stron pod adresami wspomnianymi w książce. Moi podopieczni także miewają zwiastuny książek, ale wolę te rzeczy mniej typowe. W „Dreszczu” Kuba opisał fikcyjny zespół El Voltage, a następnie napisał dla niego teksty utworów wymienionych w książce. Zespół później rzeczywiście się zawiązał, współpracuje z Kubą, ale nagrywa też inne powiązane z literaturą utwory. Premierę „Dreszcza” uświetniła więc projekcja przygotowanego przez nas teledysku oraz pierwsze publiczne odtworzenie kawałka. Swoją drogą, w klipie mógł wystąpić każdy, kto w podanym przez nas terminie stawił się w Katowicach.




Czy był to jednorazowy projekt?
Nie, Aneta także doczekała się klipu – zmontowanego z grafik Magdy. Istnieje też skomponowana w prezencie dla niej przez harfiarkę Barbarę Karlik „Kołysanka Dory Wilk”. A na na trasie Rock&Read Festival, do której pewnie jeszcze nie raz wrócimy, nagraliśmy bardzo fajną rzecz – teledysk do utworu „Bangarang” (podobnie jak poprzedni przygotowany przez Mateusza Zatynny). Strasznie lubię ten kawałek, ale Kuba nie pozwala go przy mnie włączać, bo wtedy zaczynam śpiewać…




Czyżby twój głos zabijał kanarki w locie?
Mnie tam się podoba… ale nie wiedzieć czemu tylko mój narzeczony i moja mama podzielają tę opinię…


Umiejętności wokalne też doczekały się uwiecznienia w komiksie „WydawNICtwo”.


Czy spotkałaś się kiedyś z sytuacją złamania bądź nadużycia praw autorskich twoich podopiecznych? Jak radzicie sobie w takich sytuacjach?
Niestety tak. Do tej pory moje ingerencje ograniczały się do spokojnego maila z prośbą o usunięcie tekstu czy produktu. Działało. Ale w razie czego mamy świetnych prawników, więc odradzam kombinowanie z moją cierpliwością (śmiech).

A jak podchodzicie do fanfików? Uważacie je za przekroczenie granicy, czy przeciwnie, wspieracie zapędy autorów-amatorów?
Fanfiki są oczywiście mile widziane, ale Kuba zaznacza, że stara się ich nie czytać, przynajmniej nie przed skończeniem serii – aby nie zainspirować się nieświadomie. Przynajmniej dwa linkowaliśmy na oficjalnym fanpage’u. Fanartów powstaje o wiele więcej i częściej mamy okazję się nimi dzielić z czytelnikami. O właśnie, mało kto wie, że gdyby nie fanart do „Kłamcy”, nie powstałaby okładka „Chłopców”. Iwo Strzelecki wystartował w konkursie na przedstawienie Lokiego zorganizowanym z okazji premiery komiksu „Kłamca. Viva l’arte”. Akurat siedzieliśmy wtedy z Kubą w jednym pomieszczeniu, niemal równocześnie zakrzyknęliśmy: „Ten!”. Iwo nie tylko wygrał konkurs (nie zasiadałam w jury, ale jak widać obrazek przypadł do gustu nie tylko mnie i Kubie), ale otrzymał też od SQN-u propozycję narysowania okładki. Przysłał szkic, który oddawał idealnie pożądany klimat. W drugim tomie został zaproszony także do stworzenia grafik wewnętrznych, zilustrował też „Dreszcza” i „Kłamcę 2,5”. No i to na pewno nie koniec tej współpracy. Dodatkowo rysuje czasem dla nas obrazki okolicznościowe, grafiki koszulkowe, no i nie pozwolę mu zapomnieć, że mam obiecany tatuaż. 
 

Iwo Strzelecki na tle okładki swojego autorstwa, w koszulce z fanartem.


Co najbardziej lubisz w swojej pracy?
Nieszablonowość i brak nudy. Kuba i Aneta potrafią dzwonić o każdej porze doby, z szalonymi pytaniami i pomysłami. No i za każdym razem, kiedy myślę, że już mnie nie zaskoczą, jestem zmuszona to odszczekać. Pamiętam, jak kiedyś Kuba potrzebował okładki do opowiadania – opowiadanie finalnie rozrosło się w „Kłamcę 2,5”, a pierwotną ilustracje okładkową można znaleźć w bonusach w książce oraz na plakatach rozdawanych przez wydawcę w okolicach premiery. Kuba poprosił, żebym wynegocjowała z Iwo opracowanie czegoś na szybko – prostą, łatwą grafikę. Dzwonię do Iwo – zabiegany jak cholera… Ach, powinnam wyjaśnić, dodzwonić się do Iwo to nie jest taka prosta sprawa. Kiedy ten człowiek rysuje, przepada dla świata, nie kontaktuje kompletnie, zapomina nie tylko o śnie i jedzeniu, ale też o ładowaniu telefonu i włączaniu komunikatorów. Nie raz pisałam do jego brata, czy mógłby podejść i sprawdzić, czy Iwo żyje… No ale dodzwaniam się jakimś cudem i pytam, czy upchnie jakoś w terminarz dodatkową okładkę na już. Kurde… ciężko będzie, ale dla nas jakoś to zrobi, tylko co to ma być? A coś prostego, wiesz, Iwo, to Kłamca, więc pewnie jakiś Loki bez tła. A to spoko, lajcik, daj znać, jak będą wytyczne. No i przyszły wytyczne…
Brzmiały mniej więcej tak: „Potrzebuję centrum Tokio, w którym rozróbę robią mecha-Zeus walczący z Jormungandem”. „No Kuba, a gdzie Loki?” „Aaaa… może sobie stać na wężu.”

Mmm, to faktycznie prościzna…
No a Iwo nie zabił, westchnął tylko i podesłał nam ze cztery szkice, a każdy wykurwisty. Osobiście uważam, że to jego najlepsza praca spośród wszystkich, jakie widziałam.



Okładka autorstwa Iwo Strzeleckiego do wzmiankowanego opowiadania. Tak wyglądała ta „szybka robota”...


A wracając do tego, co w mojej pracy jest najlepsze… To jeszcze rzecz najważniejsza, czyli ludzie. Te dziwne zawodowo-prywatne relacje pozwoliły mi poznać blisko dwie fantastyczne osoby. To niezliczna ilość przegadanych godzin, to tysiące przejechanych razem kilometrów. Niesamowita więź. Ale także inni, których poznałam dzięki temu – tłumacze, redaktorzy, graficy, muzycy, aktorzy, dziesiątki fascynujących osobowości wśród czytelników. Zmiana podejścia do życia – o wiele mniej przywiązuję się do rzeczy materialnych. Kiedyś fetyszyzowałam książki, do tej pory zasypują mój rodzinny dom. Gromadziłam szpargały. Teraz najważniejszy w mieszkaniu jest spakowany plecak – ręcznik, komputer, kilka koszulek, dokumenty… Tak, by w każdej chwili móc go chwycić i ruszyć przed siebie. Kuba i Aneta dali mi szaleństwo tam, gdzie sama bym się na nie nie odważyła oraz zmusili do systematyczności tam, gdzie inaczej mogłaby odpuścić.

Co w twojej pracy jest najtrudniejsze?
To chyba najcięższe pytanie. Najtrudniejsze psychicznie są zwyczajne, ludzkie kwestie – jak choroba, rozmaite problemy, które zsyła życie. Jesteśmy blisko, więc radzimy sobie z nimi razem. Kiedy cieszysz się szczęściem przyjaciela, gorzko płaczesz, gdy cierpi. Łatwiej zignorować pomyje wylane na własną głowę niż na czyjąś.

Czy ingerujesz w teksty swoich podopiecznych? Jeśli tak, to jak głęboko?
Bywam beta-czytelnikiem, komentuję na bieżąco. Czasem mój komentarz ma wpływ na zmianę w tekście, jednak nigdy nie jest to zmiana głęboka. Na poziomie dialogu lub opisu najczęściej, bywa, że nawiązania. Niekiedy zauważam, że skrót myślowy jest zbyt duży i czytelnik nieznający autora nie zrozumie, a czasem, że wyjaśniony jest oczywisty termin i można to wyciąć. Oczywiście ostateczna decyzja, czy mam rację, należy do autora.
Istnieją też teksty, które redaguję – zwłaszcza wywiady czy felietony. Wtedy moja ingerencja jest taka jak każdego redaktora. Czasami dyskusje wokół fragmentów są bardzo emocjonalne, zdarzyło się np., że nie dotarł do mnie kawałek opowiadania ucięty przez komunikator, a ja skrytykowałam całość jako niespójną. Rzeczywiście, bez paru akapitów jedno nie wynikało tam z drugiego. W takim momencie odnalezienie wspólnego punktu widzenia chwilę trwa, ale do tej pory zawsze się udawało. Swoją drogą, takie oglądanie nieoszlifowanych tekstów najlepiej pokazuje rozwój. Czytelnik widzi przecież tekst po poprawkach redaktora. Ja widzę, że redaktor ostatnimi czasy ma coraz mniej pracy. Fajne uczucie.

Nie masz wrażenia, że ostatnio wydawnictwa próbują oszczędzać na redaktorach i puszczają drukiem coraz więcej bubli? Nie raz spotkałam się z publikacją udekorowaną błedami interpunkcyjnymi, czy wręcz ortograficznymi, nawet w tych sygnowanych logiem szanowanych wydawnictw.
Nie wiem, czy powodem jest oszczędność, ale owszem, zauważam błędy. Dlatego tak cenię sobie Marcina Wrońskiego i Tomka Hogę, którzy działają z tekstami Kuby. Wiadomo, że jeśli oni pracowali nad książką, można spać spokojnie. Nie byłabym jednak tak ostra wobec błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych – bo znam tę pracę od tej strony. Naprawdę, to zawsze tak wyglada, że kiedy uznasz, że setna wersja poprawek jest idealna, puścisz książkę do druku i otworzysz na losowej stronie, to znajdziesz gafę. Nie wiem, które z kolei wydanie poprawione byłoby w końcu pozbawione takich niespodzianek… Całkowicie serio – jedną z rzeczy, których uczyliśmy się na studiach było to, że w czasie redakcji trzeba dawać z siebie wszystko, ale po odebraniu wydruków nie powinno się już na nie patrzeć. Bo można się nabawić wrzodów żołądka… Niestety, najłatwiej widzi się cudze błędy, a chyba nikogo nie stać na zatrudnianie dwóch czy trzech redaktorów.

Ile razy czytasz dany tekst, zanim uznasz, że możesz już puścić go dalej?
Nie mam pojęcia, zależy od tekstu. Czytam tak długo, aż uznam, że jest OK. Czasami są to dwa-trzy razy… (przy bardzo małej objętości), czasami trudno się doliczyć. Teoretycznie pierwsze czytanie powinno służyć tylko ogarnięciu całego tekstu, żeby wiedzieć, czy nanoszone poprawki nie będą sprzeczne z czymś, co się wyjaśnia później, wtedy drugie czytanie jest na poprawianie, a trzecie – na sprawdzenie. Ale często ręce tak mnie świerzbią przy niektórych frazach, że zmieniam je natychmiast. Chyba tylko dwa razy zauważyłam potem, że poprawki nie pasują do zakończenia, wywalałam całą pracę i zaczynałam od nowa. Mam jednak pewien komfort pracy – zwykle redaguję publikacje online, jeśli coś pominę, istnieje szansa edycji. Redaktor książki takiej szansy nie ma. Kiedy robiłam korektę „Świetlika w ciemności”, byłam tak przejęta, że pod koniec znałam książeczkę na pamięć… Cóż, już wcześniej widywałam swoje nazwisko drukiem, ale pierwszy raz jako osoba koordynująca wydanie książki i korektor! To były emocje większe, niż zobaczyć się na okładce!

Czy myślisz o zatrudnieniu pracowników i przedłożeniu swojej oferty większej ilości pisarzy?
Póki co nie ma takiej opcji. Jak pewnie zauważyłaś, nasza współpraca jest bardzo ścisła. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, na żywo i online. Jesteśmy jak rodzina. Nie wyobrażam sobie, żebym po czymś takim po prostu przyjęła do niej kogoś na podstawie CV czy portfolio. Moja wizja agenta jest właśnie taka. Oglądałaś „Californication”?

Wymiękłam po trzecim odcinku…
A szkoda. Charlie Runkle to fantastyczna postać. Oczywiście najczęściej wypomina mu się seksualne (czy masturbacyjne) ekscesy oraz rozmiar penisa, ale ja kocham tę kreację agenta. Jest z Hankiem blisko, zna go jak nikt, razem piją na umór, razem świętują, mogą się sobie wypłakać. Wrzeszczą na siebie, trzaskają drzwiami, ale wiadomo, że do siebie wrócą. Nikt nie ma wątpliwości, że podstawowym spoiwem ich relacji jest przyjaźń, nie tylko praca. Charlie tak samo potrafi załatwić Hankowi robotę, jak narkotyki. Porównano mnie kiedyś do niego i bardzo sobie to porównanie cenię.

Niemniej mam nadzieję, że nie będziesz zmuszona zaopatrywać swoich podopiecznych w cięzkie używki…
Moi podopieczni nie żyją w wyimaginowanej krainie, w której książki powstają poza ekranem, a pisarz przez cały czas imprezuje i filozofuje. By pisać książki w prawdziwym życiu, potrzebują szarych komórek, więc raczej o nie dbają.

Ciężka praca popłaca. Jakub Ćwiek, Anna Tess Gołębiowska i zasłużona nagroda Zajdla.


Czy zdarza się, że twoi znajomi próbują cię wykorzystać, na przykład prosząc cię o podesłanie niedopracowanych tekstów wydawnictwu czy o zaaranżowanie prywatnego spotkania z autorem?
Znajomi, nieznajomi… Powiem więcej, dostawałam teksty do wydania! Ludzie naprawdę bardzo nieuważnie czytają, do kogo wysyłają maile. Dostawałam też całkowicie serio propozycje współpracy od różnych autorów, w stylu: „Hej, gdybyś rozważała kiedyś otwarcie własnego biznesu, wydałbym u Ciebie to i to, przetłumaczyłbym to i to…”.

Jak podchodzisz do tych próśb i propozycji?
To oczywiście strasznie miłe, że ktoś ufa mi do tego stopnia, że powierzyłby mi swoje „dziecko” w ciemno. Ale póki co nie planuję zakładania wydawnictwa, a nawet jeśli kiedyś by ono powstało, to nie wiem, czy spełniłoby oczekiwania… Otóż marzą mi się dwie rzeczy: seria książek dla dzieci oraz książki wydawane brajlem… Właśnie, znajomość brajla to kolejna rzecz, jaką wyniosłam ze studiów. Ciężko tę umiejętność ćwiczyć na co dzień, ale dzielnie czytam wszystkie guziczki w windach i opakowania leków.

Agencje literackie w Polsce nie są zbyt popularne, autorzy często wolą sami kontaktować się z wydawcą. Dlaczego warto zdecydować się na usługi agenta?
Naprawdę muszę uzasadniać? (śmiech) A tak serio, warto zdecydować się na dobrego agenta, który robi to z pasji. Niestety zetknęłam się z sytuacją, gdzie kolejni autorzy byli dla agenta tylko nazwiskami do odhaczenia na liście, byle było ich jak najwięcej. Z tego powodu żaden z nich nie miał kompleksowej opieki.
A dlaczego warto? Napisanie książki to tylko kropla w morzu tego, co dzieje się w literackim świecie. Potem są wywiady, spotkania autorskie, festiwale, targi książek, konwenty… Strona i fanpage do aktualizowania, setki albo wręcz tysiące maili. Oczywiście autor może być w tym wszystkim świetny, ale prędzej czy później cała ta działalność zacznie kraść mu czas na pisanie. Warto więc mieć kogoś, komu można zaufać, że dopilnuje tych kwestii. Warto mieć kogoś, czyj numer podasz i wiesz, że odbierze i załatwi sprawę, jak dziwna by nie była.

Jakie sprawy, którymi się zajmowałaś, były najdziwniejsze?
Robiłam kanapki dzieciom Kuby, zmywałam naczynia u Anety… Dzwoniłam do wielu ludzi o bardzo dziwnych godzinach, zastanawiając się, kiedy w końcu mnie powieszą. O, wiem, prałam koszulkę z logo „Avengersów” i suszyłam ją żelazkiem tuż przed spotkaniem, kiedy po długotrwałym przetrząsaniu szafy okazało się, że tkwiła w koszu na brudną bieliznę. Wyrzucałam zużyte skarpetki i nosiłam w torebce paczkę czystych. Bokserki na zmianę też noszę w torebce. Ostatnio wyczaiłam takie śliczne, niebieskie ze Strusiem Pędziwiatrem! O coś takiego ci chodziło, jak pytałaś o dziwne rzeczy?

Tak, to zdecydowanie trafia w tę kategorię.
Czyli dziwności to prościzna. Największym hardcore’em było oczywiście zorganizowanie Rock&Read Festival, a dokładniej jego drugiej edycji. Cztery tygodnie non stop w trasie, przejechaliśmy całą Polskę, odbyło się czterdzieści jeden spotkań autorskich w szesnastu województwach…

Czterdzieści jeden spotkań autorskich w cztery tygodnie – to brzmi imponująco. Nie dopadło was zmęczenie materiału? Czy spotkania z czwartego tygodnia były na tym samym poziomie, co te, gdy jeszcze byliście świeży i wypoczęci?
Sprecyzuj: świeży? Bo na pewno nie jeśli chodzi o zapach w kamperze (śmiech). Spotkania były na wysokim poziomie, tam zawsze dajemy z siebie wszystko, różnica jest taka, że Kuba z tygodnia na tydzień ma coraz większą chrypę i coraz bardziej potrzebuje mikrofonu. Dla odmiany członkowie zespołu się wymieniali, wysiadała jedna osoba, wsiadała kolejna. Mam wrażenie, że ani razu nie zagrali w tym samym składzie… A to zmieniała się gitara, a to bas, a to perkusja… Tylko stężenie zajebistości w powietrzu sprawiło, że zgrywali się na koncertach, bo przecież idea była tak wariacka… że w sumie musiała zadziałać.

Sama stałaś za zorganizowaniem trasy Rock&Read, skąd wziął się ten pomysł? Czy trudno było go zrealizować? Jak zareagowali fani?
Rock&Read Festival wymyślił Kuba, chyba dyskutując ze swoim przyjacielem, Lambertem (zerknijcie na dedykację do „Dreszcza”). Spotkania do pierwszej edycji dogrywała jeszcze poprzednia managerka, Agnieszka. Wtedy się podzieliłyśmy – ona stworzyła trasę i mapki, działała online. Ja byłam w kamperze i robiłam to, co było potrzebne na miejscu. A później sama zostałam menago i nagle się okazało, że obie funkcje to ja… No ale daliśmy radę. Wysyłałam setki zaproszeń na trasę, do różnych miast – każde otrzymywało informację, że musi się zgłosić w ciemno. To znaczy – że spotkanie odbędzie się we wrześniu, ale którego, okaże się później. Jak widzisz, znalazło się trochę osób gotowych zaryzykować. Długo siedziałam i wbijałam pinezki w mapę, wyrzucałam jedne, dokładałam inne… Miałam swoje kody kolorystyczne, jak miasta z zeszłego roku, miasta zaproszone, miasta potwierdzone, miasta, które sprawdzają budżet… Obok pinezek karteczki z uwagami. Potem w ruch szły nitki i ustalałam trasę od pinezki do pinezki. Potem linijka – sprawdzałam, czy odległości są do pokonania w jeden dzień, ponieważ plan zakładał, że nigdzie nie zostajemy dłużej. Kiedy tylko ta część była gotowa, trzeba było zrobić mapki, plakaty, wrzucić informacje do sieci… Równolegle wynajmowaliśmy samochody, sklejaliśmy team, rekrutowaliśmy zespół, drukowaliśmy koszulki… Co chwila okazywało się, że „coś” się dzieje. A to jedna z dziewczyn dostała pracę i nie mogła zostawić jej na miesiąc, a to wstępnie wybrany perkusista przyznał się, że nie ma perkusji… Roboty było tyle, a czasu tak mało, że niemal nie zauważyłam, a już staliśmy na parkingu i ładowaliśmy rzeczy do przyczepki.
Czy trudno? Jasne, to unikatowe przedsięwzięcie. Ale satysfakcja, że wszystko działa, była nieporównywalnie większa niż zmęczenie. Fani reagowali pozytywnie, cieszyli się na przełamanie rutyny, ciekawą formułę, zabawę w rockowym klimacie, mocno zakrapiane after party… To była prawdziwie rockowa trasa, tyle że jej największa gwiazda tylko czasem i gościnnie udzielała się na poprzedzających spotkania koncertach. No i last but not least – Kuba nie był jedynym VIP-em na trasie.




Kto jeszcze uświetnił to wydarzenie?
Na swoją trasę Jakub zaprosił gości; poszczególne spotkania uświetnili: Michał Cholewa, pisarz specjalizujący się w tematyce military SF, Robert Sienicki – scenarzysta i ilustrator komiksów, a także autor kart do „Kłamcianki”, Dawid Pochopień – ilustrator komiksu „Kłamca. Viva l’arte”, Staszek Mąderek – reżyser, scenarzysta, kompozytor i aktor filmowy, w fandomie znany głównie z „Gwiazd w czerni”, ale my mieliśmy przyjemność pracować z nim nad filmikiem jako Browncoats of Poland, gdzie odpowiadał za reżyserię, zdjęcia, montaż i efekty specjalne. Ponadto na trasie gościli Aneta i wspominany już Iwo, a także zespół Lans Macabre, odpowiadający za fabułę i mechanikę „Kłamcianki”.

Kłamcianka


Jaką funkcję pełnią pozostałe osoby biorące udział w tej podróży?
Prócz gości mamy tour managera, czyli w tym wypadku mnie (tour manager to takie pojemne słowo, które mieści w sobie „osobę od wszystkiego”) i wspomniany zespół. Do tego oczywiście kierowcy – w końcu musieliśmy się jakoś przemieszczać ze spotkania na spotkanie. Techniczni, czuwający nad targaniem kartonów i wzmacniaczy, rozstawiający przyczepę na noc. Hostessy, które pilnowały Kuby w czasie spotkań oraz opiekowały się stoiskiem (na którym dostępne były gadżety oraz książki – Kuby i biografie dinozaurów rocka). Fotograf, operator kamery, medyk… Na szczęście często jedna osoba łączyła w sobie więcej funkcji – szefowa hostess grała na gitarze i na basie, jeden z kierowców był medykiem. Przedsięwzięcie było skomplikowane logistycznie, więc wszyscy musieliśmy być wielofunkcyjni. Łącznie przewinęło się przez konwój około trzydziestu osób.

Dlaczego Kuby należy pilnować?
A bo jak czasem popłynie w dygresję, to tak sobie płynie i płynie, więc czasami sprowadzamy go na ziemię. W wypadku konwentów dochodzi też kwestia wcięcia się w wywód i pokazania mu, że czas spotkania już minął.

Który element trasy wspominasz najlepiej? Czy uzbierało się wiele anegdotek, którymi można się podzielić z naszymi czytelnikami?
To pytanie z cyklu: które swoje dziecko kochasz najbardziej? Było mnóstwo chwil zabawnych, emocjonujących, smutnych czy groźnych. To grupa różnych, obcych osób zamkniętych na małej przestrzeni w dość ciężkich warunkach – mycie na stacji benzynowej, często w zlewie i zimnej wodzie, mało czasu na sen czy posiłki, o wartościowości tychże nie wspominając. Siłą rzeczy emocje szalały w pełnej skali. Ciężko było wrócić po tym do codziennego życia. Usłyszane wtedy kawałki już nigdy nie zabrzmią tak samo i niektóre mają sto procent skuteczności w wyciskaniu mi łez z oczu. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy da się opisać takie przeżycie. To jest tak inne, tak nietypowe i tak mocne… Po prostu trzeba tam być.
Co do anegdotek, oczywiście, ale najlepiej słucha się ich przy piwie. Trzeba dorwać kogoś w koszulce z napisem „Gub się!” lub „Zagubiony?” i nakłonić go do podjęcia opowieści. Zawsze działa. W tym momencie przypomina mi się jedna urocza chwila. Na trasie dostałam swój pierwszy w życiu mandat… Figuruje na nim informacja, że wystawiony został za zorganizowanie spotkania autorskiego na ulicy. Okazało się, że jedna z księgarń, które nas zaprosiły, jest zbyt mała, by zmieścić w niej perkusję. Dogadaliśmy się więc z paniami, że wyniesiemy sofy, roll-upy i głośniki przed budynek. Chodnik był tam tak szeroki, że obok nas zmieściłyby się jeszcze ze dwa kampery, ale okazało się, że wpadając na pomysł tak spontanicznie, nie dopilnowaliśmy formalności w kwestii ustawienia się na zewnątrz (żeby było zabawniej, we wszystkich miejscach, gdzie zostało to dopilnowane, padało…). No i tuż przed formalnym rozpoczęciem spotkania przyszedł do nas patrol.

Wystawianie takich mandatów jest legalne…?
Jak widać jest… I bardziej opłacalne dla portfela niż alternatywy… Pan policjant naprawdę nie chciał nas ukarać, ale dostał zgłoszenie, więc musiał zareagować. Co więcej, ostrzegł, że jeśli nie przestaniemy i ponownie dostanie wezwanie, będzie tak przychodził choćby co kwadrans, więc możemy zbankrutować… Udało mi się odciągnąć go na bok i dyskutować tak długo, by spotkanie zdążyło się odbyć.

Sprytne!
Na wypadek takich okoliczności na rockowej trasie chodziłam w garniturze. Kiedy pojawiał się rozczochrany i brodaty Kuba w ramonesce i rozwiązanych glanach, sprawiał inne wrażenie niż drobna, elegancka dziewczyna. Nikt nie wierzył, że przeżyję tyle dni biegania na obcasach, ale dałam radę! Swoją drogą, jeden z garniturów nie przeżył trasy, fotograf przyłożył mi do niego lampę błyskową i strzelił fleszem, co nadpaliło materiał… Ach, w ramach dziwności – przebierałam się w jadącym samochodzie. Budziłam się w nim jako rozczochrane monstrum w luźnej koszulce, po czym już po wyruszeniu w drogę wywalałam kołdrę do bagażnika, sięgałam po koszule, krawaty, garnitury, dobierałam strój na dany dzień, przeczesywałam włosy i wychodziłam gotowa świecić oczami za moją bandę w skórach i ćwiekach.

Tess służbowo

Czy to przedsięwzięcie przełożyło się na zwiększone wyniki sprzedaży?
Trudno powiedzieć, bo przed Rock&Read nie ukazał się żaden tom „Chłopców”, ale mam wrażenie, że niespecjalnie. R&R powstało z dwóch powodów: dla nas i dla fanów. Dla nas, żebyśmy mogli to przeżyć. Dla fanów, bo dzięki temu każdy miał blisko na premierę, mógł zdobyć książkę i autograf, poznać bliżej ulubionych autorów, bawić się razem z nimi. Odwiedzaliśmy wielkie miasta i maleńkie miasteczka. Byliśmy na przykład w Wiosce Fantasy pod Przemyślem. Nie ma w niej nawet kanalizacji!

Czy publiczny wizerunek autorów różni się od tego, jakimi są prywatnie?
Odpowiem banalnie: i tak, i nie. Przynajmniej tak jest w wypadku „moich” autorów. Na spotkaniach autorskich są sobą, nie gryzą się w język przy kontrowersyjnych pytaniach, opowiadają, co ich wzrusza, a co wkurwia. Zresztą granica między życiem publicznym a prywatnym zaciera się mocno z powodu mediów społecznościowych. Oczywiście, że prywatnie wiem o nich więcej niż fan znający ich tylko z wywiadów, ale to wciąż te same osoby. Zdarza się jednak sytuacja zupełnie odmienna: osoby niezwykle ciche na żywo i wulgarne w internecie, milczące na spotkaniach, a rozrywkowe poza nimi. Wiele zależy od charakteru. Pisarze wyrażają się – nomen omen – poprzez słowo pisane. Nie każdy jest do tego showmanem. Niektórzy zwyczajnie nie czują się do końca komfortowo w kontaktach z ludźmi. Spotykają się z fanami dla nich, ale sami najchętniej zaszyliby się w chatce w Bieszczadach. Kuba i Aneta są inni – czerpią energię ze spotkań z ludźmi, czy to na spotkaniach autorskich, czy to w pociągu. Pisarze to w końcu ludzie, mają różne charaktery i temperamenty.
Na pewno fajne są wspólne imprezy, kiedy nawet twócy dość skryci w czasie spotkań otwierają się, plotkują, żartują… Zdarza się, że w knajpie konwentowej łapie nas świt, a alkohole wysokoprocentowe bardzo sprzyjają zacieśnianiu więzi.

Sama też zastanawiałaś się nad napisaniem czegoś dłuższego i wydaniem tego?
Broń Cthulhu! A tak serio, pisanie pociąga mnie najmniej ze wszystkiego, co dzieje się dookoła książek. Marzyłam o tym kiedyś, słałam wiersze i opowiadania na wszelkie możliwe konkursy, trzaskałam pierwsze „powieści”, zanim dobrze nauczyłam się pisać ręcznie – tak wyszło, że komputer miałam od dziecka. Pamiętam, że pierwsze teksty pisałam w Paincie (a właściwie w Paintbrushu), ale nie umiałam stawiać polskich liter, więc pisałam… z błędami ortograficznymi. Nie pomyślałam o opuszczeniu diakrytów, zależało mi na tym, żeby na pewno oddać brzmienie słów. No ale miałam sześć lat!

Wcześnie zaczęłaś, niektóre dzieci na tym etapie dopiero uczą się alfabetu.
Jak mówiłam, lubię się uczyć. A że pochodzę z nauczycielskiej rodziny, nauczycieli miałam aż nadto (śmiech). Musieli wkurzać moich belfrów nieziemsko, bo stale wyprzedzałam program, a potem czytałam książki pod ławką. Jednocześnie nikt nie ma takiej intuicji nauczycielskiej jak moja mama. Kiedy sprawdzała stan mojej wiedzy przed sprawdzianami, zawsze potrafiła trafić w jedyną rzecz, której nie zrozumiałam… Siadała wtedy ze mną, tłumaczyła aż do skutku, podsuwała inne podręczniki, encyklopedie, atlasy… Była ogromną pomocą, ale nie było opcji, żebym poszła do szkoły nieprzygotowana z lenistwa. Obowiązywało motto: możesz czegoś nie wiedzieć, bo jesteś nie dość zdolna, ale nie dlatego, że jesteś leniwa.

Patrząc na twoją listę zajęć, dochodzę do wniosku, że mama wyrugowała z ciebie lenistwo raz na zawsze.
Nie według niej (śmiech). No ale na pewno bez niej nie poszłabym w stronę literatury – jeśli wypracowanie do szkoły było kalką serialu TV, kartka leciała do kosza i pisałam od nowa.

Nigdy nie czułaś potrzeby buntu?
Jasne, że czułam. Słuchałam rapu, nosiłam męskie spodnie z krokiem na wysokości kolan… Ale jakkolwiek czasem miałam ochotę po prostu machnąć ręką na szkołę albo zazdrościłam koleżankom, którym mamy usprawiedliwiały nieobecność w dniu trudnej kartkówki, widziałam efekty i zdawałam sobie sprawę, że to dla mojego dobra. Zresztą to nie jest tak, że nie miałam życia poza szkołą. Trochę rysowałam, dużo pisałam, w chyba absolutnych początkach blogosfery, szyłam i wyszywałam, należałam do drużyny wojów, rekonstruowałam średniowieczne przepisy na podstawie danych z wykopalisk. Pamiętam, że raz próbowałam zrobić kwas chlebowy i wyszedł z tego bimber, a ja byłam wtedy niewiniątkiem, do osiemnastki nie piłam alkoholu, a tu takie procenty w samych oparach… Więc z jednej strony miałam ostro, ale z drugiej strony miałam niesamowitą swobodę. Nigdy nie miałam problemu, żeby zostać u koleżanki na noc, pojechać na wycieczkę, spędzać czas z chłopakami (jakoś kolegów miałam więcej niż koleżanek). Inne dziewczyny miały zakaz nad zakazem, u mnie swoboda była do negocjacji. No i przede wszystkim mogłyśmy porozmawiać o wszystkim.

Jak jest teraz?
Do dziś możemy!
Właśnie dzisiaj przyjechała mnie odwiedzić, wygłaskać koty… Ona zrobiła mi pomidorówkę, ja jej omlet z pomidorami i serem. Taka wymiana. Ale teraz bunt jest silniejszy, warczę, jeśli próbuje przestawiać mi coś w kuchni (śmiech).

Jednak zdarza ci się popełniać różne teksty?
„Zdarza” to dobre słowo. Lubię opowiadać historie. Po prostu nie lubię procesu siedzenia na tyłku i wklepywania ich mozolnie do komputera – uważam, że to najtrudniejsza, najbardziej niewdzięczna i paskudna część zawodu pisarza. Nie mogłabym tak na co dzień. Parę opowiadań opublikowałam w sieci na początku mojej fandomowej przygody, najbardziej dumna jestem z publikacji w informatorze Pyrkonu 2009 opowiadania „Egzamin”. Nakład trzech tysięcy robił wtedy wrażenie. Także to, że dostałam honorarium – w Pyrfuntach, ale zawsze. Napisałam stronę tekstu, a wymieniłam je na parę gadżetów i dwie książki. Dobry deal! Zwłaszcza, że tekst napisałam bardzo terapeutycznie, byłam wkurzona po egzaminie i musiałam odreagować. Potem zobaczyłam ogłoszenie konkursu na szorta, sprawdziłam limit znaków i pasowało. Wysłałam, a tu niespodzianka! Gdybym miała obstawiać, stawiałabym na moją koleżankę, której betowałam tekst i uważałam, że naprawdę zasłużył na nagrodę. Tym przyjemniej było, że znałam choć urywki dzieł konkurencji. Jeśli piszę, to jest to właśnie taki impuls. Czasem pojawia sie kilka razy w miesiącu, a czasem milczy przez dwa lata.
Kiedy skończymy rozmawiać, wezmę się za nanoszenie poprawek na opowiadanie „Boże Narodzenie”, które trafi do specjalnego wydania „Szortala na Wynos”. Niedawno zawarłam także gentleman's agreement w kwestii potencjalnej publikacji jednego z moich opowiadań erotycznych w antologii, więc jeśli projekt dojdzie do skutku, możliwe, że się w nim znajdę. A właśnie, bo o tym nie rozmawiałyśmy, prawda? Mnie nie do końca po drodze z fantastyką, ale gdyby… kiedyś… to tak, zdecydowanie byłby to zbiór pikantnych opowiadań. Już nawet wiem, kto by je zilustrował – liczę na psychodeliczną kreskę Jolanty Rebejko. Parę dowodów naszej współpracy wisi już w sieci i kusi, by dać jej pretekst do tworzenia… Te erotyki to też powód moich małych wzruszeń – w ich kwestii dostawałam, nawet parę lat po publikacji, tyle próśb o przedruki, że od dłuższego czasu im odmawiam, zostawiając teksty tam, gdzie już wiszą. Trochę mi szkoda, że pierwotne miejsce publikacji już nie istnieje – miały naprawdę imponującą liczbę odsłon i komentarzy. Zdarzały się też wyzwania – po kilku baśniowo-sentymentalnych tekstach usłyszałam, że piszę jak baba i nigdy nie dam rady zainteresować tym facetów. Zainteresowany odszczekał następnego dnia, otrzymawszy link do tego samego tekstu napisanego z perspektywy drugiej strony. Jednak mimo tego, że przepadły wówczas po wielkiej awarii związanej z backupem (która wysłała parę lat tekstów i dyskusji tysięcy uczestników w kosmos), żyją sobie jakimś życiem po życiu. Doczekałam się nie tylko hejtera, ale nawet plagiatu i osób, które tenże wykryły. Możliwe, że w jakiejś alternatywnej rzeczywistości powstaje właśnie ekranizacja mojego pikantnego tryptyku tłumaczonego na kilkanaście jezyków, ale w naszej naprawdę wolę to, czym zajmuję się na co dzień. Nie zarzekam się jednak – jakkolwiek bardzo wątpię, bym porwała się kiedyś na dążenia do stania się etatowym pisarzem i zdecydowanie wolę zostawiać to dla innych, bardziej odpowiednich na tym miejscu osób, to nie lubię słowa „nigdy”. W końcu kiedyś nie lubiłam fantastyki i nie znosiłam wsiadać do samochodu nawet na pięć minut, a strach przed motocyklami był we mnie silniejszy niż lęk wysokości. No i lubiłam gładkoogolonych blondynów…
W sumie jest jeden projekt, który chciałabym zrealizować, bo uważam, że byłaby to rzecz ważna i potrzebna, ale nie jest ona do końca beletrystyką, więc możliwe, że tu umiałabym się zmobilizować. Ale nie chcę podawać żadnych szczegółów, by nie zapeszyć. Tak dla odmiany.
Wracając jeszcze do tego, co piszę – lubię krótkie formy. Kiedyś stawiałam na szorty, obecnie wydają mi się zbyt rozwlekłe i piszę drabble – czyli teksty liczące dokładnie sto słów. Zazwyczaj wiszą sobie na Szortalu. Potem pojawiłam się także w sierpniowych „Drabble’ach na Niedzielę”, przez co trafiłam do Pocztu drabblistów polskich.
Także w sierpniu dzięki współpracy Szortala i wydawnictwa Solaris ukazała się antologia „Po 100 Słowie”, do której trafiło sześć moich tekstów… i aż do tego tygodnia nie miałam o tym pojęcia. Nie, nikt ich nie ukradł, gdy dostałam propozycję publikacji, załatwiłam wszystkie formalności, ale byłam wtedy strasznie zabiegana i zapomniałam o sprawie na śmierć. Okazało się, że gdzieś na ostatnich etapach redakcji usunięto mi drugie imię, a od tak dawna nie posługuję się tylko pierwszym, że nawet nie pomyślałam, by ustawić na nie google alert. „Anna Gołębiowska” to dla mnie obca osoba, która – jak się śmiesznie składa! – ma nazwisko podobne do mojego. No i tak żyłam sobie w niewiedzy przez cztery miesiące, aż koleżanka w jakiejś rozmowie nawiązała do antologii. A potem, nie napotykając cienia zrozumienia, pokazała mi palcem spis treści. Tytuły brzmiały jakoś znajomo i wtedy przypomniałam sobie o rozmowach z początku roku… Następnie rozpłakałam się ze śmiechu i stwierdziłam, że chyba trudno o lepszy dowód na to, że nigdy nie powinnam się pchać do tego zawodu. Zresztą gdy moje opowiadanie „Oko Horusa” ukazało się w piśmie akademickim „Subiectiva”, dostałam egzemplarze recenzenckie wyłącznie dlatego, że po trzech latach od zaakceptowania go przypadkiem wpadłam na naczelną, a ją coś tknęło, żeby zapytać, czy je odebrałam… Przecież mój menago by ze mną osiwiał!


Okładka publikacji, w której można znaleźć sześć opowiadań autorstwa Tess.

Twój menago odbierałby je za ciebie (śmiech). Próbowałaś innych form? Wiemy już, że nie śpiew, ale grafika, rzeźba?
Rysuję niemal tak pięknie, jak śpiewam – w czasach okołogimnazjalnych szło mi naprawdę nieźle, zawsze był to poziom wystarczający, by dostać piątkę z plusem. Ćwiczyłam całymi godzinami, przerobiłam ołówki, sepię, węgiel, tusz, kredki i farbki plakatowe i olejne. I w końcu zrozumiałam, że jakkolwiek długo bym nie praktykowała, zawsze będę w tym najwyżej poprawna. Dobra, ale nie świetna. Stwierdziłam, że lepiej wykorzystać ten czas na coś, gdzie nie będę się czuła ogonem, niedawno sprezentowałam ostatnie niezamalowane płótno znajomej, bo dowiedziałam się, że szuka adresu sklepu. Jeden mój obraz – najlepszy – wisi u rodziny, był prezentem wigilijnym i siedziałam nad nim parę tygodni. Drugi – absolutny koszmarek anatomiczny przedstawiający nagą demonicę z czarnymi skrzydlami, z jakimś krzyżem w tle, stoi w moim pokoju na szafie i przypomina: „Rób to, w czym jesteś dobra!”. Fajnie mi idzie za to lepienie… ogólnie wszelakie dłubanie w różnych materiałach. Jakimś cudem te same proporcje, które uciekają mi na papierze, trzymają się dobrze w 3D.


Jakub Wędrowycz autorstwa Tess.

Mój romans z grafiką ma jednak zupełnie inne oblicze – jestem scenarzystką komiksu. Żeby pozostać w branży – nosi tytuł „WydawNICtwo” i ukazuje się w sieci już koło trzech lat. Zapoczątkowaliśmy go wspólnie z Karoliną Burdą i Patrykiem Sadowskim – kumplowaliśmy się i współpracowaliśmy, a jednocześnie każde z nas pracowało w innym wydawnictwie. Któregoś dnia rzuciłam, że anegdotki opowiadane sobie przy piwie przez osoby z branży są fantastyczne, ale szkoda, że tak się marnują, wymieniane w gronie kilku, maks kilkunastu osób. I postanowiliśmy je narysować. Każde z nas dało imię i twarz jednemu z bohaterów, których zatrudniliśmy w fikcyjnej firmie, na którą przelaliśmy doświadczenia własne i znajomych.


Dawna ekipa „WydawNICtwa”.

Komiks ewoluował dość swobodnie, szybko okazało się, że ludzkie postaci bledną przy dwóch wprowadzonych trochę później kociakach. Po jakimś czasie Karolinie zabrakło czasu na rysowanie, zawiesiliśmy komiks, ale mimo prób nie udało się do niego powrócić w takim samym składzie. Na szczęście poznaliśmy Konrada Gulińskiego, równie zakręconego jak my, więc zaprosiliśmy go na komiksową rozmowę kwalifikacyjną. Okazało się, że idealnie dopełnia nasz mały zespół.
Ja jestem głównym scenarzystą i są sytuacje, gdy przez parę tygodni regularnie podsyłam Konradowi dokładnie rozpisane opisy klatek i dialogi gotowe do przekopiowania, reszta odcinków powstaje jednak spontanicznie, kiedy w konferencyjnych dyskusjach przerzucamy się plotkami, a ja i Patryk obdarzamy się różnymi sympatycznymi epitetami. Kiedy scenariusz się spóźnia albo nie odpowiemy na jakieś pytanie Konrada, to w komiksie przydarzają się nam różne przykre rzeczy…
Mam wrażenie, że projekt jest całkiem udany, mamy niemal cztery tysiące czytelników, zdarzają się nam prośby o prelekcje z działu komiksowego imprez (choć jako gość formalnie występowała póki co tylko Karolina), a w sprzedaży w moim sklepie są trzy wzory koszulek z bohaterami, a zapotrzebowanie na nowe nie słabnie…

Czy przy tak napiętym grafiku masz jeszcze czas na życie prywatne?
Mam narzeczonego, mieszkamy razem. Z powodów zdrowotnych jestem na rygorystycznej diecie, więc gotuję. Prowadzę dom otwarty – goście są zawsze mile widziani. Ostatnio zrobiliśmy spontaniczne schaboszczak-party, jako naturalną konsenwencję wcześniejszych pizza-party i sushi-party. Niewiele rzeczy cieszy mnie tak bardzo jak ludzie zgromadzeni wokół stołu i zajadający się tym, co właśnie przygotowałam. No, publikowanie wymyślonych przepisów też jest całkiem spoko.
Kiedy teraz rozmawiamy, zaczynam zerkać na zegarek, bo w każdej chwili mogą wpaść do mnie przyjaciele, a smażenie omletów chwilę zajmie. No ale przyjechali z Trójmiasta, sama rozumiesz, że muszę z tej okazji pogotować. Jeśli akurat nie szatkuję czegoś w kuchni, jest spora szansa, że obserwuję, jak kociaki wbiegają na choinkę, próbują zjadać patyczki do uszu czy polują na wskazówki zegara. Nasza parka to Jaime i Brienne, adoptowaliśmy je z Adamem, bo urzekła nas ich historia i imiona. Jaime, jak łatwo się domyślić, stracił łapkę, Brienne przygarnęła go w klinice i zaopiekowała się małym porzuconym kociakiem. Pokochały się tak bardzo, że klinika postawiła warunek – do adopcji idzie parka albo wcale. Zadeklarowaliśmy się natychmiast, jeszcze zanim znaleźliśmy mieszkanie. Dopiero potem doczytaliśmy, że kotki są pod Katowicami… Spędziłam kilkanaście godzin w trasie, żeby móc je odebrać, ale każdą chwilą udowadniają mi, że warto było. Bardzo chciałabym powiększyć tę naszą rodzinkę i już postanowione, że jeśli którekolwiek z nas dostanie podwyżkę, to przeznaczamy ją na utrzymanie kolejnego kotka. Oprócz tego nałogowo gram w „Settlersów” i „Wiedźmina II”, oglądam seriale na tony. No i prace ręczne! Kocham dłubać w plastelinie, a ostatnio przerzuciłam się na rzeźbienie z karmelu. Uważam, że to moje właściwe powołanie i nie spocznę, póki nie zrobię słodkości w kształcie Lokiego i Dory.

Do nabycia podczas następnego Rock&Read?
Jeśli potrzymasz kciuki wystarczająco mocno… (śmiech)

Trzymam! I aż boję się zapytać, czy masz czas na sen.
Miewam. Teraz częściej, organizm zaprotestował. Po pierwszej trasie Kuba wspominał mnie właśnie słowami: „Tesska, która chyba nigdy nie sypia”.

Czy masz jeszcze czas i chęci na czytanie internetowych opowiadań?
Raczej nie. Powód jest dość banalny – kiedy chorowałam, czytanie potwornie mnie męczyło. Służbowo przedzierałam się przez taką ilośc tekstów, że brakowało mi siły na czytanie dla rozrywki, czy to z sieci, czy z papieru. Ale odzyskuję zdrowie, więcej czytam, więc może i sieciowe teksty wrócą do łask? Jestem z pewnością stałą czytelniczką dwóch blogów, które nie do końca można uznać za prozę (choć upieram się i broniłam kiedyś na zajęciach tezy, że to już utrwalona forma literacka) – czyli analizatorni. Regularnie zerkam na Przyczajoną Logikę, Ukryty Słownik i Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona. Analizatornie to miejsca, gdzie kiepskie teksty poddawane są rozbiórce w humorystycznej formie. Nie bawią mnie już tak jak kiedyś analizy opowiadań z blogów, ale na szczęście coraz częściej można poczytać o książkach już wydanych. Jeśli znajdziesz taką notkę, na sto procent ją znam.
A po namyśle – zastanawiam się, jak klasyfikować „internetowe opowiadania”. W końcu granice mediów się zacierają, autorzy coraz częściej publikują równolegle tak w formie tradycyjnej, jak i internetowej.

Ostatnie pytanie: czy masz złotą radę dla początkujących autorów?
Cokolwiek nie powiem, zabrzmi jak banał… Wiem, podzielę się zdaniem, którym Kuba zainspirował mnie na samym początku znajomości, które bardzo mocno wpłynęło na wszystkie moje późniejsze przedsięwzięcia, a które on sam usłyszał od swojego drużynowego wiele lat wcześniej: „Chcieć to szukać sposobu, nie chcieć – szukać powodu”.

Serdecznie dziękuję za rozmowę!
Ja również, byłaś bardzo dzielna i cierpliwa (śmiech).

14 komentarzy:

  1. Co prawda o twórczości Jakuba Ćwieka słyszałam opinie dość przeciętne, a ta Anety Jadowskiej zdaje się, sądząc z obszernych cytatów i recenzji, w najlepszym przypadku mierna (ale nie osądzam, póki się nie zapoznam dogłębniej... choć bardzo możliwe, że to nie nastąpi nigdy), to myślę, że dla czytelników będzie ciekawe zapoznanie się z życiem polskich pisarzy nie tylko od strony wydawanych książek.
    No ale - to nie oni są głównymi bohaterami tutaj. Przyznam, że aż zazdroszczę Tess takiej umiejętności zorganizowania czasu na tyle pasji :). Pozostaje tylko życzyć go więcej na sen. Bardzo miło, że zechciała się podzielić zdjeciami, fajnie urozmaicają tekst takie multimedialne wstawki. A wywiad bardzo ładny, ciekawe i nieschematyczne pytania :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś nieuprzejmy :-)

      Usuń
    2. Po pierwsze to jestem kobietą, a po drugie nie sądzę.

      Usuń
    3. Łał, już nawet nie można wyrazić własnej opinii, jeśli jest niepochlebna, na jakiś temat, bo od razu zlatuje się stado obrońców, którzy zakrzyczą, że cham, że nie uprzejmy, że burak i buc.
      Borze, co się z tym światem dzieje...

      Usuń
    4. Opinie o Jadowskiej są niestety prawdziwe. Ćwiek - zależy co kto lubi.

      Usuń
    5. Aż zdałam sobie sprawę, że z tego bulwersu wcisnęłam spację tam, gdzie nie powinno jej być, oczywiście "nieuprzejmy" piszemy łącznie. Pardąąą.

      Usuń
  2. Wywiadu jeszcze całego nie przeczytałam, ale muszę powiedzieć, że kot na pierwszym zdjęciu jest naprawdę zacny...

    OdpowiedzUsuń
  3. Epicki wywiad! :)
    (Ech, aż mi się przypomniały stare dobre czasy na wspomnianym portalu do wspólnego pisania opowiadań...)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow! Przeczytałam właśnie cały wywiad i jestem pod sporym wrażeniem. Tess, Ty masz chyba zawodowe adhd! Podziwiam Cię za tę energię, która aż wylewa się z samego wywiadu i poniekąd przechodzi na czytelnika. :) Oby ten zapał z czasem tylko rósł. :D

    Wywiad niesamowicie ciekawy, czytałam z zapartym tchem. ;) Dotychczas siedziałam w tym świecie od strony stricte artystycznej (jako ilustrator właśnie) i dopiero od niedawna śledzę literacką część blogosfery, zatem informacje o funkcjonowaniu wydawniczym "od kuchni" to dla mnie istna kopalnia wiedzy. Dzięki za ten wywiad!

    Życzę masy sukcesów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciesze sie ogromnie, ze wywiad ci sie przydal, bo pisalam go wlasnie z mysla o ludziach zastanawiajacych sie nad debiutem - dla tych, ktorzy mysla, ze wystarczy napisac ksiazke i na tym robota sie konczy - ale tez dla tych, ktorzy wiedza, ze nalezaloby zrobic cos jeszcze, ale nie wiedza, co konkretnie by to mialo byc.

      Usuń
    2. Haha, no właśnie, szczerze powiedziawszy to przeraził mnie ten cały aspekt socjalny związany z promowaniem swoich książek. :D Gdzie się podział stereotyp o samotnych pisarzach, spokojnie tworzących kolejne dzieła przy kawie w domowym zaciszu? ;p

      Usuń
    3. Idzie w parze z tym o byciu docenianym po śmierci i umieraniu w biedzie :P /Gaya z telefonu

      Usuń
    4. Dokładnie, te dwa stereotypy doskonale się uzupełniają :D

      Usuń
  5. Kawał dobrej roboty, mnóstwo ciekawostek, nie tylko dla osób marzących o debiucie literackim. Gayu, fantastyczne wywiady, ten i poprzedni, z niecierpliwością czekam na kolejne.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.